sobota, 6 grudnia 2014

Dostarczyciel

Usłyszałem nerwowe pukanie do drzwi. Wstałem, ubrałem koszulę i spodnie. Za oknem panowała ciemność. Przekręciłem klucz i otworzyłem drzwi.
- Szybko, nie mamy wiele czasu – usłyszałem.
- Kim pan jest?
Nieznajomy nie odpowiedział, tylko wszedł do środka i dał mi znak, żebym zamknął drzwi. Tak też zrobiłem.
- Potrzebujemy światła – rzekł mężczyzna, wyglądając przez okno i szybkim ruchem zaciągając firanki. Wyglądał na zdenerwowanego. Zapaliłem świecę i spojrzałem na niego. Był ubrany w garnitur i czarny płaszcz z niedopiętymi guzikami. Nosił melonik i okulary. Spojrzał na mnie zielonymi oczami i spytał:
- Panicz Cane, prawda?
- Tak, skąd pan… Właściwie co pan tu robi? – odpowiedziałem zmieszany.
- Miałem je panu przekazać. Chwila – zaczął przeszukiwanie kieszeni. -Och, tutaj są – drżącymi rękami podał mi zawiniątko.
Rozwinąłem materiał. W środku były zapieczętowane listy.
- Co mam z nimi zrobić? – spojrzałem zdziwiony na zielonookiego.
- Właśnie. Jestem tu, ponieważ mam dług u Twego ojca, paniczu. Powierzył mi te listy jakiś czas temu na wypadek gdyby to się stało…
- Na wypadek gdyby co? – przerwałem mu.
- Cóż… Pański ojciec… On… - mężczyzna zaczął się jąkać. – Pan Cane trafił do więzienia. Strażnicy przyszli po niego w nocy. Teraz jest już pewnie w drodze do Casterliff.
- Ale co to ma wspólnego z tymi listami? – spytałem drapiąc się po głowie.
- Pan Cane prosił by przekazać je paniczowi. Nie wiem w co się wplątał, ale ponoć tylko one dowodzą niewinności pańskiego ojca. W Casterliff czekają ludzie, którzy zajmą się sprawą. Potrzebują tylko tego – wskazał na zawiniątko z papierami. - A ktoś musi być dostarczycielem.
- Yyy… Ja… Dobrze… - chwyciłem za płaszcz. – Będę tam. Będę o świcie.

Schowałem listy za pazuchę i wybiegłem z mieszkania. Po omacku odnalazłem drogę do gospody. Mimo późnej pory, była zatłoczona. Po dłuższej chwili odnalazłem Bucksa.
- Cane, stary przyjacielu – czknął głośno. – Gdzie tak długo byłeś, kiedy cię nie było? – wypił duży łyk z kufla.
- Bucks, muszę z tobą pogadać – szepnąłem.
- Napij się ze mną brachu, nie daj się prosić – przypadkiem wylał na siebie piwo.
Wiedziałem, że nie da się z nim dogadać, kiedy za dużo wypije, więc walnąłem prostu z mostu:
- Bucks, gdzie masz klucz do stajni?
Mój przyjaciel wyjął go z kieszeni spodni.
- Tu jest. Moje koniki śpią teraz, ale…
- Dzięki Bucks – urwałem zabierając mu klucz, po czym wybiegłem z gospody. Na szczęście stajnia znajdowała się dość blisko. Wyprowadziłem z niej Charlesa -podobno to najszybszy z kon. Osiodłałem go i wskoczyłem na grzbiet zwierzęcia. Razem pognaliśmy w stronę Casterliff.

O świcie dojechaliśmy do miasta. Przy bramie stało trzech strażników, ale łatwo udało się ich ominąć. Casterliff w porównaniu z moją wioską wydawało się metropolią.
- Dokąd teraz? – spytałem sam siebie i nie odnalazłem odpowiedzi.
Mieli tu na mnie czekać obrońcy taty, ale nigdzie ich nie było. Ruszyłem przez miasto. Bez celu. Mijający mnie mieszkańcy podziwiali konia, a Charles dumnie kroczył naprzód. Nagle ukazała się przede mną spora grupa strażników. Zatrzymali mnie i spytali jak się nazywam. Podałem się za jakiegoś Milesa Flickernotta. Jednak ci przedstawiciele prawa nie byli na tyle głupi, by dać się nabrać. Musiałem wyglądać podejrzanie, bo postanowili mnie przeszukać. Nie znaleźli przy mnie broni i już mieli mnie puścić, gdy jeden z nich wyjął mi zawiniątko zza pazuchy.
- Hej, chłopaki! – krzyknął. – Co my tu mamy?
Jego towarzysze natychmiast się zbiegli, a mnie zamurowało. Przecież to jedyne uniewinnienie ojca. Miałem przekazać je tylko tym tajemniczym obrońcom, a nie władzom. Strażnicy najwidoczniej wiedzieli, czym są owe listy, bo już chwilę potem wieźli mnie w stronę więzienia.

Byłem zrozpaczony. Wtrącono mnie do lochów razem z kieszonkowcem i człowiekiem, który oszukiwał w zakładach. Po trzech dniach zaprowadzono mnie do samego doradcy króla. Ten wysoki i przeraźliwie chudy mężczyzna o kręconych, brązowych włosach był jednocześnie prawą ręką władcy i jego najlepszym przyjacielem. Szybko przejrzał odebrane mi przez strażników listy, po czym rzekł:
- Cóż… Wygląda  na to, że sprawa jest jasna – zamilkł, jakby rozmowa była już zakończona.
- Słucham? – nie rozumiałem o czym mówił.
- Pan Cane nie grabił majątku korony. Robił to pan White, który zostanie za to ukarany. Tak wynika z rozliczeń pieniężnych obu panów zawartych w listach, które nam dostarczyłeś. Zatem dziękuję za wyposażenie władz w niezbędne dowody.
- Jeśli te listy załatwiły sprawę, czemu musiałem siedzieć w lochach? – spytałem nieco rozgniewany.
- Ponieważ owe rozliczenia były rozmyślnie szyfrowane. Na szczęście nasz specjalista jest nieoceniony. Tak czy owak , i pan i ojciec zostaniecie odwiezieni do rodzinnej wioski jeszcze dziś. Jest mi niezmiernie głupio, że musieliście odsiedzieć te kilka dni w więzieniu. W ramach rekompensaty otrzymacie obaj po worku srebrników.
Lekko zdezorientowany wyszedłem z gmachu więziennego, by spotkać się z ojcem. Powitał mnie uściskiem i szerokim, charakterystycznym dla niego, uśmiechem.

Wieczór spędziliśmy u nas w wiosce. Siedzieliśmy w gospodzie, gdzie każdy chciał wiedzieć jak udało się nam tak szybko wrócić z więzienia. Ojciec opowiadał i opowiadał, a ja pogrążyłem się w zamyśleniu. Wreszcie nie wytrzymałem i spytałem:
- Tato, o co w tym wszystkim właściwie chodziło?
- Jak to o co? Uwolniłeś mnie, synu, z rąk strażników, za co jestem ci bardzo wdzięczny.
- Nie o to chodzi.
- Więc o co?
- O listy. Podobno miałem je przekazać w ręce ludzi, którzy chcieli cię uwolnić i bronić – nie strażnikom.
- Tak się składa synu, że doradca króla jest moim bratem. Nie chciał mnie więzić, lecz i jego obowiązuje prawo – nie miał wyboru, bo wszystkie poszlaki wskazywały na mnie. Zresztą White, którego niegdyś uważałem za przyjaciela, właśnie tak wszystko sobie zaplanował. Wrobił mnie w kradzież majątku króla, by wygryźć moją firmę z interesu. Brat nie mógł mnie uwolnić, póki nie miał dowodów. Prosiłem, byś przekazał zaufanym ludziom w mieście listy. Doradca władcy miał cię odszukać i wykorzystać rachunki, by mnie uniewinnić, lecz nie potrafił przewidzieć kiedy przyjedziesz. Nakazał zatem strażnikom szukać młodego chłopaka z dziwnymi papierami w kieszeni i tak oto otrzymał dowody – ojciec uśmiechnął się szeroko. – Zapamiętaj chłopcze, że nic nie jest takie jakim się wydaje – dodał po chwili. – Szczególnie tyczy się to ludzi. Nie każdy kto u władzy chce uwięzić cię bez powodu i nie każdy kto wydaje się przyjacielem jest nim szczerze. 

środa, 12 listopada 2014

Świat w filiżance herbaty


Miałem szesnaście lat. Pamiętam jak ojciec stwierdził, że powinienem rozejrzeć się za jakąś pracą, bym stał się bardziej samodzielny. Nie miałem pojęcia, gdzie zacząć szukać. Po głowie chodziły mi różne scenariusze, ale na żaden nie mogłem się zdecydować. Babka, widząc moje zmagania, postanowiła zabrać mnie w miejsce, w którym będę mógł rozluźnić umysł i zebrać myśli.

Wybraliśmy się do herbaciarni. Gdy tylko przestąpiłem próg, spłynęły na mnie tysiące zapachów świata. Poczułem delikatne zioła, silną woń lasek wanilii i owocowe nuty. Wnętrze było nastrojowo oświetlone grubymi świecami w różnych kolorach. Ludzie zamiast siedzieć na krzesłach, rozłożeni byli na miękkich poduszkach przy niskich, drewnianych stolikach. Na ścianach wisiały zasuszone liście i kwiaty roślin, oprawione w ramki. Babka wybiła mnie z rozmyślań, ciągnąc za sobą w stronę lady, wykonanej z drzewa sandałowego.
- Czym mogę służyć? – niski staruszek wyłonił się znienacka.
- Poproszę jaśminową, na chińskim ryżu – odpowiedziała z uśmiechem moja towarzyszka.
Mężczyzna zapisał zamówienie w notesie i kiwnął na mnie.
- A czego sobie życzy młodzieniec?
- Ja… -zająknąłem się. – Szczerze mówiąc nie znam się na herbatach.
Starzec kiwnął głową ze zrozumieniem, po czym, uśmiechając się promiennie, spytał:
- Jeśli będziesz chciał synu, możesz pójść ze mną do kuchni, zobaczyć jak parzymy liście i wybrać to, co będzie ci odpowiadać.
Zdziwiony spojrzałem na babkę, która dała mi znak ręką, żebym poszedł z herbaciarzem.

Weszliśmy do kuchni. Było to malutkie pomieszczenie, wypełnione po brzegi szafkami, w których znajdowały się składniki naparów. Rozejrzałem się uważnie, a starzec chyba to zauważył, bo spytał:
- Coś ci tu nie pasuje, młodzieńcze?
- Tylko… Zastanawiałem się gdzie są jakieś książki z przepisami czy coś podobnego. Poza tym…  Nikogo tu nie widzę. Czy to znaczy, że pracuje pan sam?
- Ohh… - westchnął mężczyzna. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć, ale pierwsze co należy zrozumieć to, że parzenie herbaty nie jest wykonywaniem instrukcji, tylko czymś dużo ważniejszym – to rytuał. A odpowiadając na drugie pytanie – nie, nie mam żadnych pomocników.
Staruszek otworzył jedną z (wydawałoby się miliona) szafek i wyjął z niej trzy filiżanki.
- Może, skoro już tutaj jesteś, pomógłbyś mi troszkę, synu?
- Nie ma sprawy, ale ja nie znam się na herbacie.
- Nic nie szkodzi. Ja znajdę odpowiednie zioła, a ty nastaw wodę, dobrze?
Zrobiłem, co polecił mi herbaciarz. On w tym czasie wyjmował kolejno składniki: jaśmin, melisę, laski wanilii, skórkę pomarańczy, ryż, goździki, suszone wiśnie, płatki hibiskusa i liście mięty. Patrzyłem jak w każdej filiżance tworzy inną kompozycję, a robił to pewnie i z uczuciem. Spytałem go, czy zawsze dodaje tyle samo określonych rzeczy. Zaśmiał się w odpowiedzi i rzekł, że smak jest dziełem przypadku i że nikt nie jest w stanie nad nim zapanować.
- To dlatego kocham tę pracę – dodał po chwili milczenia.

Usłyszeliśmy gwizd czajnika. Spojrzałem na starca i spytałem:
- Mogę?
- Oczywiście –odparł bez zastanowienia.
Zdjąłem naczynie z ognia i zacząłem rozlewać wodę do filiżanek. Liście i kawałki owoców unosiły się, mieszały, a kuchnie wypełniła wspaniała plątanina zapachów. Spojrzałem do naczyń. Każda z cieczy miała inny kolor i zupełnie odmienny zapach, ale wszystkie pachniały ładnie, bardzo ładnie. Muszę przyznać, że w tych naparach było coś… magicznego. Gdy tak stałem, patrząc jak para unosi się rozsiewając wokoło niezwykłą woń, poczułem, że mógłbym nie zajmować się już niczym innym. Powiedziałem to starcowi, a on rzekł:
- Twoja babka wspominała, że szukasz posady. Może widzisz swe miejsce u mego boku?
- Oh… Jak najbardziej – byłem zaskoczony, ale i wielce ucieszony z jego propozycji. – Może nie znam się jeszcze do końca na tych wszystkich składnikach, ale na pewno wszystkiego się nauczę. Mężczyzna przymknął powieki. Wpatrywałem się w niego z miną zaciekawionego obserwatora, póki ich z powrotem nie otworzył. Wtedy spojrzał na mnie i zaczął mówić ciepłym, męskim głosem:
- Widzisz młodzieńcze… Nie martwię się o Twoją wiedzę. W sztuce, jaką jest parzenie herbaty, najważniejsze jest zrozumienie tego, co się robi i wykonywanie swojej pracy najstaranniej jak to tylko możliwe. Wiesz… Zajmuję się naparami już od długiego czasu, a dopiero przed paroma laty zrozumiałem dlaczego.
- Powie mi pan?
- Pokażę – odrzekł, wyciągając na blat nowe składniki i zdejmując z ognia czajnik, który znalazł się tam niewiadomo kiedy.
Sproszkował część liści, starł imbir i pokroił owoce, po czym wszystko umieścił w filiżance. Zalewając mieszankę wrzątkiem zwrócił się do mnie:
- My, ludzie, jak te liście staramy się by świat nami przesiąknął, ale i byśmy my przesiąkli światem. Chcemy, by nasze życie miało jakiś smak – słodki czy gorzki? – Nieważne. Jakiś.
Wyjął łyżeczkę z małej szufladki i mieszając mówił dalej:
- Dajemy się ponosić, dajemy innym mieszać w naszym istnieniu, bo w głębi duszy wiemy, że tylko to „mieszanie” może nadać wyraz monotonnej egzystencji – zawartość naczynia wirowała niespokojnie. - Decyzje, które podejmujemy, choć pozornie nieistotne, mówią o tym, jak smakować będzie nasze życie, a przecież ważne by napar nam smakował – tu przestał mieszać i z uśmiechem wskazał na filiżankę, bym zbliżył się i poczuł zapach jej zawartości. Zrobiłem to, a staruszek szepnął mi na ucho:
- Bo widzisz młodzieńcze… Każdy z nas ma swój własny świat zamknięty w filiżance herbaty.

niedziela, 19 października 2014

Sekret życia to być wiecznym poetą


Znalazłem dziennik. Był to zwykły wolumin, starannie oprawiony w czarną skórę. Otworzyłem go na pierwszej stronie i zacząłem czytać:

Chcę do Ciebie, nic więcej,
chcę usiąść i słuchać, być blisko.
Chcę do Ciebie, nic więcej,
to dużo i mało i wszystko.

Tylko tyle. Cztery linijki pisane kursywą. Bez podpisu, bez żadnej wiadomości do kogo ów dziennik mógł należeć. Przewróciłem kartkę. Strona była pusta, jak i wiele następnych. Zdziwiony począłem wertować pamiętnik, póki nie trafiłem na kolejny tekst:
I kochasz mnie, kochasz mocno tak, jak ja Ciebie, i nic tego nie zmieni, nic naszej miłości nie zniszczy.

Dalej były tylko ślady powyrywanych stron, potem jedna pomalowana na czarno, a na niej data: 19.05.1969. Następny tekst, który znalazłem, głosił:

Nie widziałam Cię już od miesiąca. I nic. Jestem może bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca. Lecz widać można żyć bez powietrza.

Wiele w tym dzienniku było wierszy, pisanych jakby przez dziewczynę do ukochanego, ale jeden wprawił mnie w osłupienie:

Mija setny dzień, a ja tonę we własnej nicości.  Kolejny miesiąc, a ja myśleć o Tobie nie przestaję. Wciąż łudzę się, że zapomnienie nie potrwa długo, że prawdziwej miłości nie da się zapomnieć. Zupełnie inaczej jest, jeżeli masz kogoś, kto Cię kocha. To daję Ci setkę powodów, aby żyć. Ja ich nie mam. Ja Cię nie mam, bo Ty o mnie już nie pamiętasz.
Lecz pamiętać muszę, by zamiast historykiem, wiecznym poetą uczynić mą duszę:
„Człowiek jest: dla przeszłości – historykiem, dla przyszłości - poetą,
dla teraźniejszości – komediantem”

I olśniło mnie. Zerwałem się na równe nogi. Popędziłem na dół, dudniąc po drewnianych schodach. Krzyknąłem do lokaja „Zawieź mnie do niej”, a on tylko spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zabrał kluczyki do samochodu. W aucie przypomniało mi się jeszcze więcej – nasze wspólne wyjazdy nad jezioro, jej uśmiech, gdy zerwałem dla niej kilka polnych kwiatów, pocieszanie jej, gdy umarła jej matka, to jak otulałem ją ramieniem i ścierałem łzy z policzków, tęsknotę, gdy wyjechała na tydzień do Francji i te najpiękniejsze wieczory, które spędzaliśmy wtuleni w siebie na polnej łące, przysłuchując się szumowi drzew, delikatnie kołysanych przez wiatr. Wszystkie te wspomnienia spadły na mnie tak gwałtownie…

Dojechaliśmy do pięknego, drewnianego domu, jej domu. Zastukałem do drzwi. Po chwili otworzyły się, a tam… Tam stała ona – piękna jak zawsze, w błękitnej sukni, z włosami spiętymi w niedbały warkocz. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, objąłem ją i szepnąłem do ucha „Pamiętam”. Jej zielone oczy wypełniły łzy. Czekała na mnie. Czekała od 45 lat.

Wytłumaczyła mi potem wszystko. Byliśmy młodzi. Mieliśmy po 19 lat. Poznaliśmy się wiosną 1969 roku i od razu zakochaliśmy się w sobie. Spędzaliśmy razem każdą chwilę, byliśmy wręcz nierozłączni. Ale nagle objawiła się u mnie choroba. Lekarze stwierdzili amnezję dysocjacyjną całościową. Uznali, że prawdopodobieństwo tego, że sobie coś przypomnę jest niewielkie, wynosi tylko 5 %. Ale ona się nie poddała, była silna, nie utraciła nadziei. Żyła przyszłością, była pewna, że kiedyś wszystko sobie przypomnę… i nie myliła się.

Niedawno wzięliśmy ślub, po 45 latach. Byłem najszczęśliwszy na świecie, że mogę być przy niej, a ona patrząc na mnie z niedowierzaniem, uśmiechała się tym swoim pięknym, szerokim uśmiechem i powiem Wam, że była dla mnie tą jedyną i najpiękniejszą. Zamiast zmarszczek, widziałem dołeczki w jej policzkach, oczy nie były zmrużone, lecz otwarte i wiecznie we mnie wpatrzone, a głos jej, choć załamywał się lekko, mówił do mnie wierszami, jak dawniej, bo przecież… była moją poetką.



Inspirowane słowami Poliviosa Dimitrakopulosa
„Człowiek jest: dla przeszłości – historykiem, dla przyszłości - poetą,
dla teraźniejszości – komediantem”

niedziela, 21 września 2014

Przeznaczenie jako rękopis stwórcy


Tamten czwartek miał być tylko kolejnym, zwyczajnym dniem. Jak co tydzień, po obowiązkowych lekcjach, zostałem jeszcze w szkole na dwie godziny etyki. Zapisałem się na ten przedmiot na początku poprzedniego roku, w poszukiwaniu inspiracji i odnalazłem ją.

Siedzieliśmy spokojnie nad książką „Żywoty filozofów”, szukając informacji o poglądach Immanuela Kanta. To jemu miała zostać poświęcona tamta lekcja. W pewnym momencie ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę wejść – powiedziała nasza nauczycielka, a my podnieśliśmy głowy znad tekstu.
Zawiasy skrzypnęły lekko i ujrzeliśmy niewysokiego chłopca o jasnych blond włosach. Jego oczy, rozpalone jak dwie iskierki, lustrowały nas uważnie.
- Dzień dobry. Nazywam się Josh i mam tutaj uczęszczać na lekcje etyki. Dobrze trafiłem, prawda? – jego spojrzenie padło na nasz podręcznik.
- Tak, proszę usiądź – odpowiedziała profesorka. – Dziś omawiamy Kanta.
Chłopak szybko przeczytał temat, a potem jak zwykle przeszliśmy do dyskusji.
- Kant był bardzo ważną postacią. Prócz filozofii zajmował się logiką i metafizyką. Żył w czasach oświecenia i jako pierwszy zniósł podział na empiryzm i racjonalizm. Co sądzicie o jego poglądach? – rzekła nauczycielka, by zachęcić nas do rozmowy.
Pierwsza odezwała się Anette, dziewczyna ode mnie z klasy:
- Z pewnością był ważny, nazwałabym go takim oświeceniowym następcą Arystotelesa.
- Dlaczego? – spytaliśmy chórem, a ona zaczęła wyjaśniać, że prócz poszerzania wiedzy na temat logiki, myślał o kosmosie, sądach, Bogu, czasie, przestrzeni i ludzkiej duszy.
Następnie każdy wypowiedział się na temat Immanuela – każdy, prócz nowego uczestnika zajęć.
- A ty co myślisz, Josh? – zagadnęła go profesorka.
- Dla mnie cała filozofia tego człowieka opiera się na jednym wypowiedzianym przez niego zdaniu – odparł po krótkim namyśle.
- Jakim? – spytałem zaciekawiony.
Chłopak spojrzał na mnie i powiedział:
- „Boskie dzieło stworzenia nigdy nie dobiega końca. Zaczyna się, a potem trwa nieskończenie w nieustannym trudzie dając początek nowym sceneriom, nowym przedmiotom i nowym światom”.

Zdziwiliśmy się wszyscy. Na etyce zwykle nie poruszaliśmy tematu istnienia Boga, jeżeli nie uczyliśmy się akurat o jakiejś religii. Był to po prostu temat rzeka, z którego wynikały bardzo długie dyskusje. Rzadko zdarzało się, żebyśmy się wtedy zgadzali ze sobą nawzajem. Spojrzeliśmy po sobie. Skoro już jeden zaczął mówić o Bogu, postanowiliśmy po kolei przejmować pałeczkę. Niektórzy nie chcieli się wypowiadać, ale wielu ludzi mówiło czy wierzą, czy nie i próbowało udowodnić lub obalić istnienie siły wyższej odpowiednimi argumentami. Josh słuchał uważnie i co chwilę wtrącał cytaty takie jak „Gdzie Bóg jest na pierwszym miejscu, tam wszystko jest na swoim miejscu” albo „Życie każdego człowieka jest baśnią napisaną przez Boga”. Pewien chłopak, który jest ateistą rzucił:
- Ale właściwie dlaczego wierzysz w Boga? Co jest takiego, co sprawia, że jesteś pewien jego istnienia?
Josh najpierw zrobił zdziwioną minę, po czym uśmiechnął się nieśmiało.
- Nie powiedziałem, że wierzę w Boga.
- Jak to?! – oburzył się tamten. – Przecież cały czas wygadujesz te cytaty…
- To prawda. Ale ja trochę inaczej rozumiem pojęcie „Boga” – spojrzał po nas, ale po chwili mówił dalej. – Dla mnie Bóg jest tylko symbolem.


Nastała głucha cisza. Nikt nie wiedział, co odpowiedzieć. Siedzieliśmy zdziwieni, gdy zadzwonił dzwonek. Powoli wstaliśmy i udaliśmy się do wyjścia, nie zamieniwszy ze sobą ani słowa. Wyszedłem ze szkoły i zacząłem iść w stronę przystanku autobusowego. Czekałem na pasach, aż zapali się zielone światło, by przejść na drugą stronę ulicy - bardzo ruchliwej ulicy i dopiero wtedy coś dostrzegłem. Ludzie, mnóstwo ludzi, wszyscy kłębią się na chodnikach i drogach, każdy z nich gdzieś biegnie, każdy z nich gdzieś podąża, każdy ma jakiś cel, jakąś historię, każdy jest swoim własnym Bogiem, własnym stwórcą, bo przecież sam tworzy swoje przeznaczenie. Życie każdego człowieka jest baśnią napisaną przez… niego samego. Dopiero to zrozumiałem.
- Bóg jest tylko symbolem – powtórzyłem cicho.



Inspirowane cytatem Hansa Christiana Andersena:
"
Życie każdego człowieka jest baśnią napisaną przez Boga"

sobota, 16 sierpnia 2014

Miasto Zegarmistrzów

Stanąłem przed drzwiami zakładu, szyld głosił „Zegarmistrz”. Rozejrzałem się. Choć słońce schowało się już za horyzontem, w mieście dalej było jasno. Setki, tysiące ludzi gdzieś się śpieszyło mimo późnej pory, a uliczne latarnie oświetlały im drogę. Zrobiłem parę kroków, by znaleźć się bliżej drzwi i powoli chwyciłem za klamkę. Coś zaskrzypiało, a ja niepewnie przestąpiłem próg.

Ale zacznijmy od początku, od dnia jak każdy inny. Był poniedziałek, a ja śpieszyłem się do biura. Przy śniadaniu rozlałem kawę i poplamiłem nowy garnitur, więc musiałem się przebrać. Gdy to zrobiłem, chwyciłem teczkę z dokumentami i wybiegłem z domu, ale niestety – mój autobus już odjeżdżał i nie miałem szans na niego zdążyć. Postanowiłem zadzwonić po taksówkę i właśnie wtedy okazało się, że w pośpiechu zapomniałem zabrać z domu komórki. Szybko znalazłem najbliższą budkę telefoniczną. Śpiesząc się, trzęsącymi się rękami wystukałem numer, ale niestety błędny, jak się potem okazało. Nim zdążyłem się rozłączyć, w słuchawce odezwał się spokojny, męski głos:
- Nie licz, bo się przeliczysz i ci go zabraknie.
- Słucham? Kto mówi? Chciałem zamówić taksówkę.
- Zegarmistrz.
- Kto?
- Zegarmistrz Miasta Zegarmistrzów.
Zdziwiony odłożyłem słuchawkę. Byłem tak zdezorientowany, że zapomniałem po co wszedłem do budki i przez kilka minut stałem w niej gapiąc się bezmyślnie na telefon. Kiedy oprzytomniałem, wystukałem właściwy numer i niedługo później zobaczyłem jak nadjeżdża czarna taksówka, która odwiozła mnie do biura.

Nie wiem dlaczego, ale cały dzień w pracy nie mogłem się skupić. Ciągle myślałem o tym dziwnym telefonie. Po powrocie do domu, od razu zacząłem szukać w internecie informacji na temat tajemniczego Zegarmistrza Miasta Zegarmistrzów, ale na próżno. Myśl o nim nie dawała mi spokoju. Postanowiłem zadzwonić jeszcze raz na ten sam numer, ale dodzwoniłem się tylko do punktu, gdzie można zamówić taryfę. Wydało mi się to dziwne, ale nic nie mogłem zrobić. Tylko czekać.

Obudziłem się o świcie. Rano wyszedłem wcześniej z domu, więc w drodze do pracy zahaczyłem o kawiarnię. Zamówiłem ulubioną, cynamonowo-karmelową kawę i usiadłem przy stoliku. W kawiarni był kącik czytelniczy, gdzie na półkach stało mnóstwo książek. Wziąłem jedną, nie pamiętam nawet jej tytułu. Zacząłem wertować strony i nagle ze środka wypadła niedbale zgięta kartka. Zdziwiony podniosłem ją i rozłożyłem. Niewyraźne litery układały się w cytat z pewnej piosenki, pod którym malutkimi literami widniał podpis:
Czas, nic tylko czas. To poezja bez rymu.
 Zegarmistrz, Victoria Way 72a, Miasto Zegarmistrzów”
Z wrażenia upuściłem filiżankę.
- Zegarmistrz Miasta Zegarmistrzów – powiedziałem pod nosem. – Interesujące.
Spojrzałem na zegarek i zdałem sobie sprawę, że jeśli nie chcę się spóźnić, muszę szybko wyjść do pracy. Kartkę z adresem schowałem do kieszeni, książkę odłożyłem na półkę i wybiegłem z kawiarni. Na szczęście zdążyłem na czas i zająłem się pracą. Kiedy o osiemnastej wszyscy moi współpracownicy opuścili budynek, dalej siedziałem wlepiony w komputer, ale nie chodziło już o papierkową robotę. Sprawdzałem na Google maps, gdzie jest Victoria Way, bo choć w Londynie mieszkam od wielu lat, nigdy nie spotkałem się z tą nazwą ulicy. Okazało się, że znajduje się ona nieopodal biura. Szybko wydrukowałem mapę, złapałem płaszcz i wyszedłem szukać Zegarmistrza.

Tak znalazłem się tutaj, przekraczając próg nieznajomego sklepu. Dzwonek zawieszony nad drzwiami zawiadomił o moim przybyciu. Zakład był niesamowity. Całą powierzchnie ścian pokrywały zegary, tykające równo i jednostajnie. Różniły się wszystkim – materiałem, kolorem, starannością wykonania, ceną, wielkością – prócz jednego, wszystkie wskazówki wybijały ten sam rytm. Wyczuwało się tam jakąś magię perfekcjonizmu. Gdy udało mi się oderwać wzrok od ścian, ujrzałem drewnianą ladę i stojącego za nią mężczyznę w podeszłym wieku. Uśmiechał się tajemniczo.
- Dzień dobry, jest pan Zegarmistrzem? – powiedziałem nieśmiało.
- Witaj chłopcze – odrzekł, a ja od razu rozpoznałem głos, który tamtego ranka usłyszałem w słuchawce. – Czego szukasz w moim warsztacie?
- Ja… - zawahałem się. Właściwie nie wiedziałem po co tu przyszedłem.
- Czasu? – podpowiedział staruszek.
- Słucham? – zdziwiłem się.
- Wielu go szuka i wielu traci go na poszukiwaniach.
- „Nie licz, bo się przeliczysz i ci go zabraknie” – wyrecytowałem to, co powiedział mi wtedy przez telefon.
- To prawda – zadumał się obracając w ręku złoty zegarek kieszonkowy. – A więc? Czego szukasz?
- Wiedzy – odpowiedziałem, tym razem pewnie.
- Wiedzy, tak? A czego taki stary człowiek jak ja może cię nauczyć, mój drogi?
- To zależy co pan umie, w czym się pan specjalizuje – odpowiedziałem.
- Widzisz młodzieńcze, całe życie spędziłem tutaj, przyglądając się zegarom i ludziom, przyglądając się jak mija czas, byłem częścią tego czasu, częścią przemijania. Ale nigdy się nie śpieszyłem. To mnie odróżnia od mieszkańców tego miasta. Wiesz dlaczego nazywam je Miastem Zegarmistrzów?
- Dlaczego? – spytałem zaciekawiony.
- Bo tutaj wszyscy specjalizują się w odmierzaniu czasu, zamiast go wykorzystywać. Ludzie zachowują się jak opętani przez demona pośpiechu. A prawda jest taka, że otaczają się zegarami tylko ci, co nie wiedzą jak spożytkować czas.
- A ty?
- Ja jestem Zegarmistrzem – uśmiechnął się. – Ale czy inni powinni być zegarmistrzami, kiedy nie jest to ich zawodem? Czy powinni cały swój czas poświęcać na jego odliczanie?
- Mówisz, że mam się pozbyć zegarka? – wskazałem na ten na nadgarstku.
- Źle mnie zrozumiałeś, masz się go pozbyć, ale stąd – dotknął się w czoło. - …i stąd – położył rękę na sercu.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Nie chcę, żebyś stał się zegarmistrzem – popatrzył na mnie z uczuciem. – Obserwuję cię od jakiegoś czasu i widzę w tobie coś wyjątkowego, bystry wzrok, wrodzoną ciekawość. Nie chcę żeby zamiast tego stała przede mną bezmózga szara masa odliczająca godziny, minuty, sekundy. Nie chcę żebyś stał się kolejnym zegarmistrzem, bo to miasto ma już ich zbyt wielu.

Czy udało mi się spełnić jego życzenie? W pewnym sensie tak, bo od tamtego momentu przestałem odliczać czas. Zacząłem robić to, co kocham i żyć pełnią życia, nie martwiąc się o to, że gdzieś się spóźnię. Ale w pewnym sensie nie, bo dziś to ja stoję na jego miejscu za ladą i powołuję Ciebie, tak właśnie Ciebie, żebyś nie był jednym z nich, żebyś nie stał się kolejnym, odliczającym bezmyślnie czas, zegarmistrzem.

Inspirowane piosenką "Next 100 years" zespołu Bon Jovi
"Time ain't nothing but time
 It's a verse with no rhyme
 Man, it all comes down to you"


czwartek, 31 lipca 2014

Komplement czy obelga?

Kiedyś w Bretanii żyła pewna dziewczyna. Na imię miała Keira. Nie była wysoka i miała jasną karnację. Swoją bladą twarz skrywała pod burzą kruczoczarnych włosów. Jedynie błyszczące, błękitne oczy wyłaniały się zza czarnej grzywy, by z ciekawością obserwować otaczający ją świat.  Była samotniczką. Choć miała wielu znajomych i przyjaciół, z nikim nie mogła podzielić się tym, co naprawdę myślała. Nikomu nie potrafiła zaufać. Żyła razem ze schorowaną matką w małym, drewnianym domku na skraju lasu. W okolicy nikt nie mieszkał. Nie przeszkadzało jej to, wręcz była szczęśliwa, że nie musi znosić towarzystwa głośnych sąsiadów. Nie lubiła ludzi. Często samotnie spacerowała po lesie. Mówiła, że daje jej to wewnętrzny spokój.

Ale nastał dzień, kiedy ta samotność miała dobiec końca. Niedaleko domu Keiry mieli się wprowadzić inni ludzie. Dziewczyna obserwowała jak robotnicy powoli kładą fundamenty, stawiają ściany, montują drzwi i okna, a potem dekorują wnętrze. Rezultat ją oszołomił. Dom był ogromny i wspaniały. Wszystko stylizowane na stare, dokładniej na steampunk, więc przeważały metale – głównie szlachetne, stal i mosiądz. W połączeniu z drewnem wyglądały niesamowicie. Na tarasie stał mały stolik, a na nim złoty wazon ze świeżymi kwiatami. W wielu miejscach wisiały precyzyjnie wykonane zegary. Dom nie był w żaden sposób ogrodzony, co bardzo dziwiło Keirę, która mijała go codziennie w drodze do pracy. W oknie na piętrze każdego dnia widziała chłopaka, który przyglądał jej się z taką samą ciekawością, jak ona jemu.

Któregoś razu, gdy jak co dzień przechodziła koło tajemniczego domu, usłyszała cichą muzykę. Podeszła bliżej, ale w tym momencie dźwięk ustał. Popatrzyła w okno, w którym spodziewała się jak zwykle zobaczyć mężczyznę, ale nikogo tam nie było. Usłyszała trzaśnięcie, a gdy się odwróciła, stał już za nią przedziwny chłopak. Miał na sobie błękitno-czarny płaszcz i wysokie, skórzane buty. Był dość wysoki i szczupły. Miał piękne oczy o wyrazistym niebieskim kolorze i jasnobrązowe włosy. Uśmiechał się tajemniczo.
- Witam, witam –zagadnął wesoło.
- Eh, dzień dobry – Keira z pogardą zmierzyła sąsiada wzrokiem.
- Nie w humorze? Hmm?
- Nie – odparowała. – A tak w ogóle to co panu do tego?
- Och, proszę tylko nie „pan”. Mam na imię Camil, a to jest moja posiadłość – wskazał na zagadkowy dom. – Miałabyś ochotę zobaczyć wnętrze… yyy… - zawachał się. – tajemnicza dziewczyno?
- Jestem Keira.
- Keira? Oryginalne imię.
- Dziękuję.
- To może miałabyś ochotę…
- Nie. Śpieszę się do pracy – nie dała mu dokończyć.
- Rozumiem. Po prostu jestem nowy w okolicy, a mieszkam sam, więc miło by było kogoś poznać. W razie czego mieć do kogo się zwrócić. – wbił w nią swój wzrok w oczekiwaniu na odpowiedź.
- No dobrze, niech będzie o dziewiątej, tutaj – odparła, bo zdała sobie sprawę, że może zbyt niemiło potraktowała nieznajomego, który zwyczajnie nie chce zostać zupełnie sam.

Za dziesięć dziewiąta Keira dotarła pod dom Camila. Było zupełnie ciemno, więc wzięła latarkę, żeby oświetlić sobie drogę.
- Buuuuuu! – usłyszała za sobą.
- Aaaaa! – dziewczyna aż krzyknęła, kiedy ktoś lekko popchnął ją od tyłu.
- Przestraszyłem cię – usłyszała za sobą łagodny głos Camila.
- Nie, nie przestraszyłeś – roześmiała się. „Może on wcale nie jest taki zły” – przemknęło jej przez myśl.
Razem poszli przez las w stronę pobliskiego jeziora. Tam usiedli przy brzegu, na trawie wilgotnej od wieczornej rosy. Przez chwilę tylko w ciszy obserwowali spokojną taflę wody i gwiazdy migające do nich z nieba.
- Tu jest tak pięknie – wyrwało się mężczyźnie.
- To miejsce zawsze daje mi do myślenia – odparła Keira.
- A nad czym teraz myślisz?
- Wiesz… Zastanawiam się jak to jest, że ludzie muszą na co dzień udawać, że muszą przybierać maski, by być kimś kim naprawdę nie są. Nie łatwiej byłoby żyć, gdyby każdy był sobą, gdybyśmy nie ukrywali tego, co czujemy?
- Jesteś wyjątkowo wrażliwa.
- A ty nie jesteś, Camil?
- Właśnie nie i to jest straszne. Czasem mam wrażenie, że w ogóle nic nie czuję. Dla mnie wydarzenie jest tylko wydarzeniem, nie przeżywam go tak mocno jak inni. Ludzie płaczą, śmieją się, a ja? Ja tylko stoję z boku i obserwuję ten świat, jakbym sam w nim nie żył.
- Chciałabym wiedzieć jak to jest…. – rozmarzyła się.
- Nie chciałabyś, uwierz. Wydawałoby ci się ciągle, że jesteś inna, dziwna, że nie pasujesz – odparł smutno.
- Ty jesteś… Jesteś naprawdę fajny – nie wiedziała co powiedzieć, a jakoś żadne inne słowo nie przychodziło jej teraz do głowy. – I nie dziwię ci się, że nie chciałeś być sam w tym wielkim domu, też bym nie chciała. Jestem raczej samotniczką, ale z drugiej strony potwornie boję się samotności. Tylko tutaj nie czuję się samotna – zatoczyła koło dłonią, wskazując las i jezioro. –Choć niby mam wielu przyjaciół, to zwykle cały czas zmagam się z moim najgorszym lękiem – samotnością.
Spojrzał na nią. Jej błękitne oczy wpatrywały się w ciemną pustkę przed nimi. Kilka minut siedzieli bez ruchu, a jedynym co słyszeli był szum wiatru. Potem chłopak wstał i oświadczył, że musi już iść. Poszedł, lecz za chwilę zawrócił, by rzec jeszcze:
- Dziękuję za rozmowę. Już dawno nie chciało mi się płakać.
Dziewczyna patrzyła za nim zdziwiona. Zastanawiała się, czy to, co powiedział było komplementem czy raczej obelgą. Choć nie wiedziała dlaczego, te słowa zrobiły na niej ogromne wrażenie, szczególnie, że padły z ust kogoś, kto „nie ma uczuć”.

Inspirowane niezwykłą rozmową z niezwykłym człowiekiem :)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Jak patrzeć na świat?


Obudziłam się, gdy tylko usłyszałam pierwsze dźwięki piosenki „Stairway to heaven”. Kilkoma szybkimi ruchami ręki odnalazłam budzik i go wyłączyłam. Powoli się przeciągnęłam i odgarnęłam kołdrę. Usiadłam na krawędzi łóżka i w tym momencie do pokoju wszedł mój tata.
- Kochanie, jak się czujesz? Przyniosłem Ci bawełnianą bluzkę i twoje ulubione dżinsy.
- Dobrze, dziękuję – odpowiedziałam ziewając.
Tata podał mi ubrania, po czym szybko wyszedł z pokoju, lekko trzaskając drzwiami. Pewnie poszedł zająć się Kate, moją młodszą siostrą. Włączyłam cichą muzykę i włożyłam ubrania. Bluzka i spodnie pachniały lawendą. Tata uwielbiał zapachowe proszki do prania tak samo jak ja.

Po marnej próbie rozczesania włosów wyszłam z pokoju. W drodze na dół, na śniadanie, potknęłam się trzy razy. Schodząc po schodach czułam zapach jajecznicy ze szczypiorkiem i słyszałam gwizdanie czajnika. Kate krzyknęła do mnie:
- Evelin! Wreszcie zeszłaś. Zrobiłam Twoją ulubioną herbatę – to mówiąc posadziła mnie przy stole i podstawiła mi pod nos wywar pachnący pomarańczą z goździkiem.
Starałam się szybko zjeść swoją porcję, ale tata ciągle dopytywał się, czy nie boję się pierwszego dnia w nowej szkole. Rozmawiał ze mną o tym już chyba cztery razy, ale widocznie nie satysfakcjonowała go odpowiedź „Tak, nie martw się o mnie. Poradzę sobie”. Po posiłku Kate i ja wzięłyśmy swoje plecaki i wsiadłyśmy do auta, którym tata odwiózł nas do szkoły- moją siostrę do podstawówki, a mnie do liceum. Byłam już spóźniona, więc odprowadził mnie pod same drzwi klasy. Tam powiedział:
- Nie martw się skarbie. Może poznasz kogoś miłego, nie takiego jak te prostaki z poprzedniej szkoły.
- Yhym – przytaknęłam, a on stanowczo zapukał do drzwi.
Po głośnym „wejść” pociągnął za klamkę, a zawiasy okropnie zaskrzypiały. Wepchnął mnie do środka. Jakiś skrzekliwy głosik pisnął:
- A, no tak. Moi drodzy, to jest nasza nowa uczennica, Evelin Campbell, będziecie dla niej mili i będziecie się nią opiekować, zgadza się? Rozmawialiśmy o tym.
- Dobrze, pani Meets – odrzekł chór głosów.
Pani Meets zaprowadziła mnie na moje miejsce i kazała usiąść.
- Cześć, jestem Lizz – usłyszałam. – Ty naprawdę nic nie widzisz?
Znowu się zaczyna – pomyślałam, ale uprzejmie oświeciłam moją nową koleżankę, że nie, i że na tym właśnie polega bycie niewidomym.

Lekcja przebiegała spokojnie. Pani „piskliwy głosik” opowiadała o bitwach, które stoczył Alexander Wielki i o historii Macedonii. Nagle zadzwonił dzwonek. Usłyszałam szuranie krzeseł i radosne krzyki wokół siebie. Wszyscy widocznie pakowali rzeczy do plecaków i wybiegali z klasy. Ja siedziałam nieruchomo. Hałas stopniowo ustawał, aż zapadła głucha cisza. Przerwał ją łagodny, męski głos:
- Pomóc Ci się spakować?
- Tak – odpowiedziałam bez namysłu.
Ktoś wyjął mi z ręki zeszyt i długopis, a potem włożył je do mojego plecaka i podał mi go.
- Jestem Nick, miło mi Cię poznać – powiedział.
- O, dziękuję Nick, mi też jest miło. Nie sądziłam, że ktoś się mną przejmie – wypaliłam.
Chłopak złapał mnie za rękę i wyprowadził z sali. Jego zapach przypominał mi dom ,kiedy jeszcze mama żyła, to jak siadała przy kominku, brała mnie na kolana i czytała bajki. Zawsze używała różanych perfum. Z początku byłam spięta w rozmowie z chłopakiem, ale już po chwili luźno wymienialiśmy zdania o muzyce i ciekawych książkach. Opowiedziałam mu, że choć nie czytam, używam audiobooków, a on stwierdził, że to bardzo ciekawe. Pod koniec przerwy okazało się, że lubimy podobne lektury i słuchamy tych samych zespołów. Wymieniliśmy się nawet numerami telefonów. Kiedy weszliśmy do klasy, Nick spytał nauczycielkę, czy możemy usiąść koło siebie, a ona się zgodziła.

Przez cały dzień chłopak pomagał mi przemieszczać się po szkole i dotrzymywał towarzystwa. Kiedy wróciłam do domu i opowiedziałam tacie o wszystkim, bardzo się ucieszył. Kate nocowała dziś u koleżanki, więc wieczorem mogłam spokojnie oddać się rozmyśleniom o miłym chłopcu, który od razu mnie zauroczył. Przeszkodził mi dzwonek telefonu. Odebrałam i powiedziałam:
- Halo, kto mówi?
- Cześć Evelin, tu Nick.
Bardzo się ucieszyłam, że zadzwonił, ale nie chciałam dać tego po sobie poznać.
- Ach, to ty, jak tam? – nie wiedziałam co powiedzieć.
- Okej. Wiesz… Evelin… Dzwonię, bo chcę… - zaczął dukać.
- Hm? – próbowałam go zachęcić.
- Wiem, że jest już późno, ale jakbyś chciała, moglibyśmy spotkać się w parku na Equmont Square.
- Chętnie, tylko moja siostra jest poza domem, a ja nie mam jak… - nie dokończyłam.
- Nie ma sprawy, przyjdę po ciebie.
Podałam mu adres i zbiegłam na dół, żeby oznajmić tacie, że wybieram się do parku. Ten bardzo ucieszył się, że idę gdzieś z „tym miłym chłopcem ze szkoły”. Ojciec pomagał mi się szykować, kiedy usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Otworzyłam je i poczułam łagodny zapach róży. Pożegnałam tatę i wyszłam z domu.

Park był pusty. Słychać było tylko śpiew ptaków i szum wiatru, rozsiewającego kwiatową woń. Usiedliśmy na miękkiej trawie, a on złapał mnie za rękę. Nic nie mówiliśmy, jakbyśmy rozumieli się bez słów. Wreszcie postanowiłam przerwać milczenie.
- Świat jest taki piękny – westchnęłam.
- Mówisz tak, bo go nie widzisz.
- Wcale nie. Widzę dużo więcej niż większość ludzi – odparłam.
- Nie rozumiem.
- Popatrz na mnie, Nick. Widzisz mój wygląd. Ja nie wiem jak wyglądasz, nie muszę tego wiedzieć, żeby cię lubić. Widzę to, co masz w środku – tu położyłam dłoń na swoim sercu. – Nie oceniam ludzi po wyglądzie. Widzę tylko to, co chcę zobaczyć. Kocham wolność. Widzę ją w zapachu kwiatów na polnej łące, w wietrze szumiącym nad nami, w ptakach swobodnie lecących donikąd i w moim sercu, które łączy się z całym tym pięknem świata w jedną całość.
Chłopak nie odpowiedział. Poczułam silniejszy zapach róży. Nagle jego dłoń, która chwilę temu trzymała moją, musnęła mój policzek, a potem przejechała po moich włosach. Wtedy poczułam jego usta. Dotykały moich. Kate wiele razy próbowała mi wytłumaczyć, co to jest pocałunek, ale dopiero teraz to zrozumiałam. Jedną ręką dotknęłam jego twarzy i przesunęłam nią wzdłuż jego policzka, po czym oddałam pocałunek. Przytuliłam delikatnie Nick’a, tak, jak robiła to mama. On zrobił to samo, ale jedną ręką. Dotknęłam jego drugiego ramienia. Wystawał z niego kikut, Nick nie miał prawej ręki.

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak piękne jest to, że jestem pozbawiona wzroku, że nie oceniam ludzi po tym jak wyglądają. Nick powiedział, że od dziś, będzie patrzył na świat tak jak ja, oczami niewidomej, bo zrozumiał, że największe piękno skrywają nasze serca.


poniedziałek, 16 czerwca 2014

Do kogo należy przyszłość?


Londyn, miasto, w którym wszyscy gdzieś się spieszą. Dzieci do szkoły, dorośli do pracy, podróżni na samolot lub pociąg. Każdy z nich podążając w wyznaczonym sobie kierunku, realizuje własne cele. Niejeden, przepychając się przez tłum, potrąca drugiego i nawet nie odwracając głowy, biegnie dalej, usiłując zdążyć… ale dokąd?  Każdy z tych ludzi wierzy, że jego życie jest coś warte, że jego czas jest cenny, najcenniejszy. I wszyscy mają rację. Ale nie pamiętają, że nie pośpiechem mierzy się wartość czasu.

Idę ulicą, ludzie biegną, dokądś pędzą, gonią, sami nie wiedząc za czym. Przepychają się przez tłum, który przecież sami tworzą. Potrącają się, szturchają nawzajem. Patrzą na mnie, jak na dziwaka, gdy wolnym, dumnym krokiem bez pośpiechu przechodzę przez ulicę. Przystaję na chwilę, przymykam powieki i rozkoszuję się ciepłymi promieniami słońca. Nagle słyszę pisk opon i dźwięk klaksonu. To kierowcy, szalenie pędzący drogami, przerywają moją zadumę.

Zmierzam dalej w stronę uczelni i po chwili staję przed ciężkimi, metalowymi drzwiami, wrotami wiedzy. Popycham je i wchodzę do środka. W chwili, gdy nogi zaczynają nieść mnie po schodach, słyszę, że dzwoni dzwonek. W jednym momencie opustoszały korytarz zamienia się w przestrzeń wypełnioną po brzegi studentami. Z trudem dostaję się na pierwsze piętro i wchodzę przez drzwi, na których widnieje napis „Sala 21 - Filozofia życia”. Tylko 25 osób ze szkoły może uczęszczać na te zajęcia, a ja jestem jedną z nich. Zawsze interesowała mnie filozofia, choć moi znajomi  śmiali się ze mnie, gdy mówiłem im, że właśnie to chcę studiować.

Po chwili do klasy wchodzi pan Hirting, wysoki i szczupły mężczyzna w średnim wieku. Jego oczy błyszczą ciekawością. Nauczyciel uśmiecha się, po czym zaczyna swój wykład, jak to w jego zwyczaju - bez powitania:
- Myślisz pewnie, że masz sposób na życie, że jest ono całkiem twoje, że niczego w nim nie marnujesz, że niczego ci nie brakuje – robi lekką pauzę, lecz zaraz mówi dalej. - Jeśli dalej chcesz żyć w tym kłamstwie, to wstań i opuść moje zajęcia –patrzy po nas wyczekująco, ale nikt nie rusza się z miejsca. – Dobrze, a więc porozmawiamy dziś o czymś bardzo ważnym, czymś, bez czego życie większości z nas nie miałoby sensu, czymś, co stawia nam ograniczenia, lecz i daje wolność. Jest naszym wrogiem, lecz i sprzymierzeńcem. Jakieś pomysły, o czym mówię?

Kątem oka widzę jak część osób podnosi ręce, a pan Hirting wskazuje na niską blondynkę o prześlicznym uśmiechu.
- Chodzi o szczęście? – pyta dziewczyna.
- Nie kochanie, akurat życie i szczęście nie mają wiele wspólnego, bo życie jest realne i prawdziwe, a poczucie szczęścia często złudne i kłamliwe – z politowaniem odpowiada wykładowca, wskazując kolejną osobę.
- Miłość? – zgaduje urocza brunetka, wpatrzona w chłopaka siedzącego na drugim końcu sali.
- Miłość nie daje wolności, lecz ogranicza, poza tym prawdziwa miłość jest wyjątkowo rzadkim zjawiskiem i nie każdy szary zjadacz chleba wie, czym ona jest – odparowuje nauczyciel.
Odwracam się i widzę, jak reszta uczniów, prawdopodobnie zniechęcona niepowodzeniem dwóch dziewczyn, opuszcza ręce. Mężczyzna, który zadał pytanie rozgląda się po klasie, lecz już nikt się nie zgłasza. Czuję jak moja dłoń sama szybuje w górę.
- Słucham chłopcze, co ty masz do powiedzenia? – słyszę głos wykładowcy, więc szybko odpowiadam jedynym słowem, które krąży mi po głowie:
- Czas.

Pan Hirting patrzy na mnie swymi błyskającymi jak iskierki oczami, po czym zaczyna klaskać w dłonie. Kiedy przestaje, w sali nastaje głucha cisza. Nauczyciel patrzy nieobecnym wzrokiem, za okno. Po kilku sekundach otrząsa się i zaczyna mówić:
- Tak, czas leci nieubłaganie. Wszyscy staramy się go nie zmarnować, nie zmarnować życia. Ale, jak to napisała Anita Brookner „W życiu zawsze wygrywają ci sami. Za każdym razem. Rozejrzyj się wokół siebie. Nie mają czasu na refleksję. Są zbyt zajęci wygrywaniem”. A my nie wygrywamy, tylko myślimy, mamy refleksje. Spytasz pewnie „dlaczego?”, a ja odpowiem tylko „bo taka jest ludzka natura” – uśmiecha się nie spuszczając ze mnie wzroku. – Ludzie biegają jak opętani lub czekają na coś, co się nigdy nie wydarzy. „Mnóstwo rozczarowanych osób tkwi na rogu ulicy czekając na autobus zwany doskonałością”, lecz nikt nie jest doskonały. Tylko ludzie nie mają czasu żeby myśleć, żeby usiąść na ławce w parku i zastanowić się nad sensem ich życia, a przecież to jest tak ważne. Musicie pamiętać o trzech rzeczach. Po pierwsze o tym, żeby być szczęśliwym – tu przytacza cytat Phil’a Bosmans’a  „Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni mijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak potrafimy być nimi jutro?” i oddaje się chwilowej zadumie, by po chwili krzyknąć – po drugie, o tym żeby myśleć !– patrzy na nas, jakby próbował nas przekonać do swoich racji. – I po trzecie, najważniejsze… - panu Hirting’owi przerywa dźwięk dzwonka, oznajmiającego koniec lekcji. Ale nikomu nawet przez myśl nie przechodzi, żeby wyjść z sali. – Po trzecie, o tym żeby marzyć, moi drodzy, bo „przyszłość należy do tych, którzy wierzą w piękno własnych snów”.

Wychodząc z klasy, powtarzam w głowie słowa najmądrzejszego wykładowcy, jakiego kiedykolwiek spotkałem: „Po pierwsze o tym, żeby być szczęśliwym. Po drugie, o tym żeby myśleć. Po trzecie, o tym żeby marzyć”.


„W życiu zawsze wygrywają ci sami. Za każdym razem. Rozejrzyj się wokół siebie. Nie mają czasu na refleksję. Są zbyt zajęci wygrywaniem” ~Anita Brooker
Mnóstwo rozczarowanych osób tkwi na rogu ulicy czekając na autobus zwany „Doskonałością”  ~Donald  Kennedy
 „Nie ma zbyt wiele czasu, by być szczęśliwym. Dni mijają szybko. Życie jest krótkie. W księdze naszej przyszłości wpisujemy marzenia, a jakaś niewidzialna ręka nam je przekreśla. Nie mamy wtedy żadnego wyboru. Jeżeli nie jesteśmy szczęśliwi dziś, jak potrafimy być nimi jutro?” ~Phil Bosmans
„Przyszłość należy do tych, którzy wierzą w piękno własnych snów”  ~Eleonor Roosevelt

niedziela, 11 maja 2014

Zgasło światło latarni

Spotkałem kiedyś człowieka. Był inny, niezwykły. Potrafił zaskakiwać. Pamiętam dokładnie tamtą noc. Wyszedłem wtedy na spacer. Zatrzymałem się nad brzegiem morza i usiadłem na stromym urwisku. Obserwowałem uważnie latarnie morską. Jej światło przebijało się ponad taflą wody, co jakiś czas padając na mnie.

Nagle za sobą usłyszałem łagodny, męski głos:
- Jest piękna. Jak twoja własna gwiazda rozświetlająca noc.
Odwróciłem się gwałtownie, lecz w ciemności ukazał mi się jedynie cień.
- Z pewnością – odpowiedziałem nieznajomemu.
Nagle, w oślepiającym świetle latarni, ujrzałem go. Był dość wysoki i szczupły. Ręce bezwiednie spoczywały w kieszeniach. Jego kruczoczarne włosy unosił wiatr. W błękitnych oczach, oglądających taflę wody, dostrzegłem melancholię i tęsknotę. Nieznajomy podszedł do skraju urwiska i pochylił się nad przepaścią.
- Mogę z tobą tu posiedzieć? – spytał, spoglądając na mnie.
- Będzie mi przyjemnie podziwiać z kimś ten widok. Wschody słońca są wyjątkowo piękne o tej porze roku – odpowiedziałem.
Uśmiechnął się i przysiadł koło mnie. Długi czas siedzieliśmy w milczeniu, aż wreszcie spytał:
- Byłeś kiedyś na morzu?
Opowiedziałem mu o moich wyprawach z ojcem:
- Staruszek miał olbrzymi kuter i codziennie rano wypływał nim na połów. Pewnego wieczoru, jak zwykle czekaliśmy na niego z matką. Nie wrócił.
Mężczyzna słuchał mnie uważnie spoglądając na horyzont. Wreszcie rzekł:
- Mój ojciec był w marynarce. Też zginął na morzu.
Choć rozmawialiśmy przez całą noc, nieznajomy nie podał swojego imienia, nie przedstawił się, nie zdradził ile ma lat i skąd przybywa. Nie mówił nic o sobie, mimo że lubił opowiadać.
                
Słońce zaczęło powoli wychylać się znad widnokręgu. Przestaliśmy rozmawiać i przyglądaliśmy się jak niebo rozświetlają czerwono-pomarańczowe promienie. Wiatr umilkł, a fale zamiast gwałtownie rozbijać się o skały, jedynie muskały je, osadzając na nich wodę.
- Jest tak pięknie – powiedział nieznajomy.
Pokiwałem głową, zgadzając się z jego słowami.
- Która godzina? – wskazałem na jego zegarek kieszonkowy.
Sięgnął po niego z uśmiechem.
- Widzisz… Nie wszystko jest takie proste. Nie wszystko jest takie, jak ci się wydaje – otworzył zegarek.

Nie wiedziałem o czym mówi, póki nie spojrzałem na przedmiot, który trzymał w ręku. Wskazówki poruszały się w przeciwnym kierunku. Czas na jego zegarku cofał się.
- Niesamowite – skomentowałem z podziwem.
- Zrobiłem go po śmierci ojca. Gdyby dało się przywrócić przeszłość – westchnął. – Ale naszego życia nie da się cofnąć. Możemy przeżyć je tylko raz. Prawdą jest, że wszyscy idziemy w tym samym kierunku, choć każdy inną drogą. Musisz tylko odnaleźć swoją, bo życie bez celu, z dnia na dzień, nie ma żadnego sensu. Jesteś jeszcze młody, poznasz swoje przeznaczenie. Na mnie już za późno. Mój czas minął. Wstał, zbliżył się znowu do krawędzi urwiska, spojrzał w przepaść, podniósł wzrok na horyzont. Słońce właśnie wschodziło i robiło się jasno. W chwili, gdy zgasło światło latarni, zgasł i on. Skoczył. Nie zdążyłem nic zrobić, ale wiem, że nie mogłem go powstrzymać.

Tej nocy poznałem człowieka, którego zawsze będę pamiętał, pomimo, że nie mam jego zdjęcia, pomimo że nie znam jego imienia, wieku czy pochodzenia. Zapamiętam go, bo dał mi wspaniałą życiową lekcje: Trzeba mieć po co żyć. Trzeba mieć cel, pasję, szczęście. Nie można żyć z dnia na dzień, robiąc tylko to, co potrzebne by przetrwać. Trzeba żyć, a nie tylko istnieć. Trzeba dostrzegać w życiu piękno, podziwiać wschody słońca i mieć przyjaciół, którzy popatrzą na nie z tobą. Trzeba mieć po co żyć.

Inspirowane cytatem z filmu „Ciekawy Przypadek Benjamina Buttona”:
„Wszyscy idziemy w tym samym kierunku, choć każdy inną drogą”

poniedziałek, 5 maja 2014

Biała Armia czy Czarny Batalion?

Za górami, za lasami, strumieniami i rzekami, istniały dwa sąsiadujące ze sobą królestwa, które toczyły wojny o terytorium i władzę.

Pierwszym rządziła Biała Królowa. Była spokojną kobietą w średnim wieku, ale o siwych włosach i z charakterystycznym błyskiem w oczach. Nosiła długą, zwiewną suknię w białym kolorze. Zresztą w jej królestwie wszystko było białe: budynki, ławki w parkach, pojazdy, kwiaty na drzewach, porcelana, ubrania itd. W centralnym punkcie imperium stał Pałac Królowej. Była to piękna budowla, która nie wyróżniała się spośród innych kolorem, lecz architekturą i rozległym ogrodem, w którym królowały białe róże – ulubione kwiaty władczyni. Białe Królestwo było czyste, zadbane, słowem -  przepiękne.

W sąsiadującym imperium władzę sprawowała Czarna Królowa. Nikt nie wiedział jak wygląda, bo cały czas nosiła czarną zbroję, przez którą nie było jej widać. Mówiono, że władczyni jest tak szkaradna, że nie chce pokazywać się swoim ludziom, dlatego kryje się przed światem pod nieszczęsnym żelastwem. Tak jak Biała Królowa całe swe królestwo uczyniła białym, tak Czarna - czarnym. I tu znajdował się Pałac Królowej, lecz w nim ogród był niezadbany, jakby opuszczony.

Pewnego burzowego wieczoru w Białym Mieście zatrzymał się zagubiony podróżny i poprosił o nocleg. Miejscowi natychmiast zaprosili go do środka, przygotowali posłanie i suto zastawiony stół. Przy posiłku przybysz dowiedział się o wrogim Czarnym Królestwie i o zbliżającej się wojnie. Zaproponował swą pomoc, lecz gospodarz zaśmiał się tylko:
- Ty? Taki chuderlak? Nie sądzę, byś mógł nam pomóc.
- Nazywam się Ghin Regnerir i jestem jednym z najpotężniejszych magów świata - odrzekł przybysz.
Miejscowi przeprosili za pochopne ocenienie gościa i szczęśliwi, że ktoś tak potężny ma zamiar
im pomóc, poprosili gościa, by rankiem udał się do Królowej. Ten zgodził się i poprosił o posłanie,
by wypocząć przed wizytą u monarchini, po czym ułożył się do snu.

Następnego dnia podróżny udał się do Pałacu Bieli, gdzie miał spotkać się z władczynią królestwa.
- Witam. Jestem Ghin Regnerir i chciałbym zaoferować swą pomoc. Słyszałem, że macie problemy z sąsiednim imperium - przedstawił się.
- Ach! To ten mag. Znakomicie. Jutro w południe odbędzie się bitwa. Staw się na granicy - rzekła oschle i z wyższością monarchini.
Mag, zdziwiony zachowaniem kobiety, opuścił pałac i do późnej nocy ćwiczył zaklęcia przed bitwą, po czym kolejny raz zanocował u miejscowych.

Granicę pomiędzy mocarstwami stanowiła płytka rzeka Jing- Jang. Słońce oślepiało wojowników, którzy w gotowości czekali na rozkazy władczyni. Na drugim brzegu szykowała się dużo mniej liczna, wroga armia. Wreszcie Biała Królowa dała znak okrzykiem „do ataku”. Rzucono się, by czym prędzej przejść rzekę w bród, co poszło dość łatwo. Biała Armia wdarła się na teren Czarnej Królowej, której wojownicy poczęli się bronić. Ghin przez pewien czas walczył dzielnie i był pewien, że w słusznej sprawie, gdy nagle spostrzegł, że to Biali Żołnierze zabijają, znęcając się nad ofiarami, a Czarny Batalion tylko usiłuje się bronić. Stał tak przez chwilę zamyślony, po czym coś go tknęło i podbiegł od tyłu do Czarnej Królowej. Za pomocą silnych czarów zdjął z niej zbroję. Pod metalowym pancerzem kryła się piękna, młoda, drobnej budowy dziewczyna, która miała oczy zalane łzami.
- Kim jesteś?  – spytał mag.
- Nazywam się Miori Cato i jestem tylko córką biednego młynarza.
- Zatem, co robisz tutaj? - tu Ghin wskazał na pole bitwy, która nagle ustała. Wszyscy wojownicy stanęli zdumieni i podeszli, by usłyszeć rozmowę.
- Mój ojciec zaproponował zmianę prawa, które ustanowiła Biała Królowa. Twierdził, że nie jest ono przyjazne obywatelom. Za to został skazany na ścięcie. Gdy chciałam go uwolnić schwytano i zakuto mnie w tą nieszczęsną zbroję - odpowiedziała zapłakana.
- A co tu robią Ci ludzie?  – podróżnik wskazał na Czarny Batalion.
- To moi bliscy, przyjaciele, osoby, które wspierały mojego ojca i jego poglądy- odrzekła już całkiem spokojna.
- Czy to prawda? Uwięziłaś tu tę biedną, niewinną dziewczynę?- Ghin zwrócił się do Białej Królowej.
- Trzeba było ją od razu spalić na stosie. Sprawiłaby mniej kłopotów - prychnęła w odpowiedzi.
- Jak mogłaś? Ty apodyktyczna, zadufana w sobie, nieszanująca innych kreaturo? Myślałem, że stoję po właściwej stronie w tej bitwie - rzekł mag. – Przepraszam Miori. Nie wiedziałem, że ta walka tak wygląda. O nic nie podejrzewałem Białej Królowej.
- „Ilekroć znajdziesz się po stronie większości, zastanów się przez chwilę” - odpowiedziała mu tylko z uśmiechem córka młynarza.
Biali Wojownicy rzucili broń, gdy usłyszeli, do czego posunęła się ich władczyni.
- Co?! Co wy robicie?! – krzyczała zdesperowana.
- Nie chcemy walczyć po stronie kogoś tak kłamliwego – odpowiedział jeden z żołnierzy, a pozostali pokiwali głowami.

Walka się skończyła. W Królestwie wszystko wróciło do normy. Jego dwie części z powrotem się połączyły, a władzę nad nimi przejęła Miori Cato, czyli dawna Czarna Królowa. W miastach zapanowały kolory. Nic już nie było czarno-białe jak kiedyś, a i ludzie byli bardziej szczęśliwi, bo wreszcie mieli władczynię, która rozumiała ich potrzeby i szanowała ich zdanie. Biała Królowa trafiła do więzienia, ale mogła co jakiś czas je opuszczać, by pod opieką strażników pielęgnować swoje ukochane białe róże.

Ghin Regnerir wyruszył w dalszą podróż w poszukiwaniu przygód. Jednak pobyt w tym Królestwie zapamiętał na długo. Szczególne wrażenie zrobiły na nim mądre słowa córki młynarza: „Ilekroć znajdziesz się po stronie większości zastanów się przez chwilę”.


Inspirowane słowami Marka Twaina:
„Ilekroć znajdziesz się po stronie większości, zastanów się przez chwilę”.



sobota, 26 kwietnia 2014

Szukając siebie

        Światło… Ciemność… Światło… I znowu ciemność… Niczego poza nimi nie mogłam dostrzec. Światło porażało mnie swą jasnością tak, że nie było widać nic innego. Ciemność ukrywała wszystko w swym cieniu. Jakby ktoś bawił się przyciskami lamp albo świecił prosto w moje oczy latarkami, co chwilę gasząc je i zapalając. Wreszcie nastał zupełny mrok, a ja zapadłam w sen.

Pierwsze co ujrzałam po przebudzeniu to jakieś inne pomieszczenie- duży pokój dzienny z szerokimi oknami. Chwila… Inne od czego? Gdzie byłam wcześniej? Nie mogłam sobie niczego przypomnieć. Po chwili podniosłam głowę i zaczęłam bacznie rozglądać się po miejscu, w którym się znalazłam. Wokół siebie miałam kilkunastu ludzi w różnym wieku i różnej płci, jakby były to zupełnie przypadkowe osoby. A jednak wydawało mi się, że kiedyś już widziałam ich twarze… Wszyscy leżeliśmy na drewnianej podłodze. Inni powoli podnosili się, rozglądając się wokoło. Wydawali się tak samo zdezorientowani jak ja. Nagle do pomieszczenia weszło czterech lub pięciu uzbrojonych i opancerzonych ludzi, których twarze zakrywały kominiarki. Za nimi powolnym krokiem podążał zamaskowany, ubrany na fioletowo jegomość. Przyglądając się jego masce, zauważyłam, że jest to kopia tych stosowanych w starożytności, dzisiejszy symbol komedii.

- Pewnie nie wiecie, czemu się tutaj znaleźliście. Zapewne nie macie nawet pojęcia kim jesteście- zaśmiał się szyderczo.- Otóż każde z was sprzeciwiło się niewłaściwemu człowiekowi.
Wszyscy obecni w pokoju, prócz przemawiającego i jego ochroniarzy, spojrzeli po sobie ze zdziwieniem i lekką dezorientacją.
Fioletowy Pan zwrócił się do uzbrojonych mężczyzn:
- Dopilnujcie, by nikt się stąd nie wydostał. Wrócę za tydzień i wszyscy mają być żywi. Póki co muszę spróbować naprawić to, co oni- tu wskazał na wszystkich siedzących i leżących na podłodze- zniszczyli.
Zrobiwszy kilka kroków w stronę niedbale pomalowanych drzwi, znienacka odwrócił się na pięcie i dodał, pokazując mnie palcem:
- Właśnie! I uważajcie na tę małą spryciulę. Wygląda niewinnie, ale jest bardzo bystra.

Mężczyzna opuścił pomieszczenie i niedługo po tym usłyszeliśmy warkot silnika samochodu. Zostaliśmy sami- ja, pozostali więźniowie i nasi ochroniarze. Zrozumiałam, że skoro trzymają nas w domu, a nie słychać żadnych odgłosów prócz cichnącego szumu auta, musimy znajdować się gdzieś na wsi. Tylko dlaczego nie wtrącili nas do więzienia? Może po prostu nas porwano? Usiłowałam przypomnieć sobie cokolwiek, co zdarzyło się przed przybyciem tutaj, lecz nie mogłam. Nie wiedziałam nawet kim jestem, a brak tej świadomości był nie do zniesienia.

Nie chcąc zadręczać się myślami, rozejrzałam się ponownie, by jeszcze raz przyjrzeć się moim towarzyszom. Prócz mnie w pokoju znajdowało się jeszcze dwanaście osób. Mój wzrok zatrzymał się na tajemniczej dziewczynce, której oczy wydawały się nieobecne. Mogła mieć dwanaście, trzynaście lat, ale pomimo wieku, jako jedyna nie panikowała, nie okazywała strachu ani złości. Zamiast tego na jej twarzy gościł zagadkowy uśmiech. Podeszłam do niej na tyle blisko, by móc dokładniej się jej przyjrzeć.
- Dzień dobry- powiedziała obracając się w moją stronę.
- Dzień dobry- odparłam zaskoczona.
- Masz piękny głos. I cudnie pachnące perfumy.
- Nie wiem, co na to odpowiedzieć- zawahałam się. –Jesteś niewidoma?
- Tak- odpowiedziała otwarcie. –Ale wiem, gdzie jesteś po twoim głosie i zapachu.
Spróbowałam wyczuć coś w powietrzu, ale mieszanina tylu różnych pachnideł narobiła mi tylko kataru.
- Ja nic nie czuję- powiedziałam z niechęcią w głosie.
- Czasem spotykamy ludzi, którzy nic nie czują albo takich, co jeszcze o tym nie wiedzą - odrzekła dziewczynka kończąc rozmowę.
Wiedziałam, że nie może być zwyczajnym dzieckiem. Mogę nawet powiedzieć, że potrafiła dostrzegać świat lepiej niż większość ludzi o nienagannym wzroku.

Wśród więźniów było także małżeństwo, spodziewające się dziecka. Gdy tylko ich ujrzałam, wiedziałam, że to jedyna szansa dla nas wszystkich. Przez dwa dni planowałam ucieczkę. Nie mogłam znieść myśli, że nie mam pojęcia kim jestem. Raz zobaczyłam jak ochroniarze schodzą gdzieś na dół po schodach. Myślałam, że może idą do piwnicy, ale potem podsłuchałam rozmowę dwóch z nich:
- Trzeba gdzieś zanieść te stare strzelby myśliwskie, a ten nieszczęsny dom nie ma strychu.
- Wstawmy je do tunelu.
- Jakiego tunelu?
- Tego prowadzącego na drugą stronę posiadłości.
- Pokażesz mi drogę, towarzyszu?
Następnie obaj podnieśli klapę w podłodze i słychać było jedynie odgłos ich kroków.

Przekazałam mój plan ciężarnej i jej mężowi- kiedy ona uda, że rodzi się dziecko, reszta wymknie się do tunelu. Po znalezieniu broni, wrócimy po kobietę, a potem wszyscy uciekniemy. Małżonek od razu oświadczył, że zostanie przy żonie, gdy inni będą poszukiwać strzelb, bo ktoś musi pilnować, by była bezpieczna. Zgodziłam się i postarałam się, by wieść dotarła do wszystkich więźniów. O umówionej porze, wszyscy byli gotowi.

Ciężarna zagrała swą rolę bardzo realistycznie. Strażnicy uwierzyli, że naprawdę rodzi i zaczęli panikować. W końcu mieli utrzymać nas przy życiu. Wszystko poszło zgodnie z planem. Broń stała tuż przy wejściu do tunelu, więc szybko wróciliśmy po małżeństwo. Jeden mężczyzna dostał w ramię, ale udało nam się przedrzeć z powrotem do podziemnego przejścia. Przeleciałam wzrokiem po towarzyszach, by upewnić się, że nikogo nie brakuje. Brakowało. Jak mogłam nie zauważyć, że nie ma z nami niewidomej dziewczynki… Kazałam uciekać reszcie, a sama pobiegłam w drugą stronę, wracając się do domu. Gdy tylko otworzyłam klapę ujrzałam małą, zagubioną blondyneczkę, która nie wiedziała co się dzieje wokół niej. Złapałam ją za rękę i poprowadziłam po schodkach w dół. Za sobą słyszałam krzyki ochroniarzy, którzy deptali nam po piętach. Po chwili wzięłam małą na plecy i biegłam dalej ku zbliżającemu się wyjściu. Wypchnęłam ją przez klapę ku górze, a potem sama szybko wspięłam się po drobnych stopniach drabiny. Jednak strażnicy mogli przybiec za minutę lub dwie. Rozejrzałam się w pośpiechu.
- Czekaj tu- rzuciłam do małej, a ona pokiwała głową.
Zobaczyłam niedaleko wielki głaz, który z trudem przetoczyłam, zasłaniając nim wejście do podziemi.

Wreszcie odetchnęłam z ulgą. Ochroniarze nie mogli nas już dogonić. Zobaczyłam moich towarzyszy biegnących po łące, każdy z uśmiechem na ustach. Mała złapała mnie za rękę.
- Dobrze się spisałaś- powiedziała łagodnym głosem.- I spełniło się to, czego chciałaś.
Przytuliłam ją mocno i zrozumiałam co miała na myśli. Ciągle zadawałam sobie pytanie: Kim jestem? To bardzo ważne, by wiedzieć kim się jest. Teraz wreszcie to wiem. Jestem przyjaciółką. Jestem uciekinierką. Jestem wolnością. A Ty? Wiesz kim jesteś?

piątek, 18 kwietnia 2014

Skrzynia Doskonałości

W odległych, niepamiętnych czasach opowiadano legendę o Skrzyni Doskonałości ukrytej w zamku na szczycie góry. Jej zawartość mogła doprowadzić każdego do bycia ideałem. Ponieważ wszyscy marzyli o tym skarbie, miejsce jego położenia nazwano Zamkiem Marzeń. Wielu próbowało do niego dotrzeć, lecz nikomu nie udało się przezwyciężyć stromych i niebezpiecznych północnych skał.

Żył w tamtych czasach książe William, władający niewielkim państwem na południu i księżniczka Vanessa, do której należały wschodnie tereny. On był silnym, inteligentnym brunetem o kasztanowych oczach, ona- piękną i pogodną blondynką o niebieskookim spojrzeniu. Oboje byli bardzo ciekawscy, toteż postanowili wyruszyć do Zamku Marzeń, by dowiedzieć się wreszcie co skrywa tajemnicza skrzynia. Doradcy odradzali im wyprawę, ze względu na niebezpieczeństwa czyhające w drodze, lecz władcy byli nieugięci. Wytypowali dwudziestu towarzyszy, załadowali na konie i osły, zapasy jedzenia i wodę, pożegnali się z bliskimi i wreszcie rozpoczęli długą podróż do zimnych, północnych lasów.

Warunki nie były sprzyjające. Ciągły chłód, śnieg i wiatr wiejący w oczy wydawały się nie do zniesienia, ale książe i księżniczka nie ustępowali. Po długim dniu spędzonym w drodze rozbili obóz u podnóża gór. Rozpalono ognisko i bawiono się przy nim, by zapomnieć o zimnie. Zmęczony William postanowił przejść się na spacer po lesie, by odpocząć od ciągłych krzyków jego kompanów. Nagle natrafił na małą polankę. Na śniegu leżała Vanessa i przyglądała się gwiazdom.
- Co tam ciekawego wypatrzyłaś? - zagadnął ją chłopak, kładąc się obok.
- Tutaj nocne niebo ma mi więcej do powiedzenia niż gdziekolwiek indziej – odrzekła dziewczyna i z uśmiechem spojrzała na młodzieńca.
Już nic więcej nie mówili. Leżeli tak w bezruchu i ciszy przypatrując się gwiazdom na nocnym sklepieniu.

Po powrocie do obozu William i Vanessa udali się do swoich namiotów, starając się nikogo nie obudzić. Tej nocy oboje nie mogli zasnąć zastanawiając się co takiego skrywa Skrzynia Doskonałości i czy uda im się do niej dotrzeć.

Następnego dnia wyruszyli o świcie, by jak najszybciej dotrzeć do celu podróży. Wspinali się po stromym zboczu, nie zważając na niesprzyjającą pogodę przez cały dzień i dopiero pod wieczór ukazał im się zamek. Było już bardzo późno, lecz William i Vanessa nie mogli doczekać się rozwiązania zagadki Zamku Marzeń. Przy bramie, opatrzonej szyldem „Zamek Marzeń”, prowadzącej do środka budowli, znaleźli pochodnie, którymi oświetlili sobie drogę. Ogromny gmach był zupełnie pusty i choć wędrowcy przeszukali go dokładnie nie znaleźli żadnej skrzyni. Zdruzgotani usiedli na posadzce i nagle coś szczęknęło.
- Co to było Willy?- spytała dziewczyna.
- Nie mam pojęcia- odpowiedział.
Po chwili zauważyli na suficie narysowany znak nieskończoności. Zauważyli, że siedząc wraz z innymi tworzą połówkę tego symbolu. Szybko pojęli o co chodzi.
- Hej! Chodźcie tutaj. Spróbujcie usiąść tak jak ten znak na suficie. Ta posadzka jest chyba jakoś tak skonstruowana, że… - księżniczka nie dokończyła, gdy zobaczyła jak w rogu sali otwiera się zejście do podziemi.

Książe i księżniczka szybko wymienili się spojrzeniami i ruszyli biegiem po schodach w dół. Schodzili coraz niżej i niżej, aż weszli do małej, ciemnej komnaty. William uniósł wyżej pochodnie, by oświetlić pomieszczenie.
- Aaaaach! Nie wierzę- usłyszał krzyk Vanessy.
Dziewczyna pokazywała palcem na skrzynię stojącą na środku pokoju.  Była dość spora i cała wykonana z drewna z drzewa sandałowego, którego zapach rozchodził się wokoło. Księżniczka pochyliła się nad przedmiotem i skinęła na księcia, by zbliżył pochodnię.
- Gotów?- zapytała podnieconym głosem.
- Byłem na to gotów całe życie- odpowiedział z uśmiechem.

Vanessa powoli podniosła wieko Skrzyni Doskonałości. W środku znajdowała się niewielka karteczka. Dziewczyna podniosła ją i przeczytała na głos:
„Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca”.
Nastała cisza. Po chwili księżniczka spojrzała na księcia i powiedziała:
- Nie rozumiem Willy. A gdzie ta cała „doskonałość”?
- Trzymasz ją w ręce- odrzekł William z szerokim uśmiechem.- Zawartość skrzyni miała nam przedstawić wskazówki w dążeniu do doskonałości, a widocznie ciągle marzyć i marzyć jest jedyną drogą do szczęścia i doskonałego życia.

Inspirowane cytatem Josepha Conrada:
„Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca”.



wtorek, 15 kwietnia 2014

Ostatni blask Cienia


Obudziły mnie głośne kroki. Ktoś się zbliżał, a odgłos stawiania stóp na kamiennych stopniach rozchodził się echem w ciemności. Po schodach schodził strażnik okuty metalową zbroją wiodąc za sobą postać, której nie mogłem dostrzec w nikłym świetle pochodni. Nieprzyzwyczajony do światła, przymknąłem lekko powieki. Wartownik zaprowadził obcego do sąsiedniej celi i przykuł kajdanami do zardzewiałej kraty, po czym rzekł oschle:
- Takie coś powinno się od razu prowadzić na stryczek, nie do więzienia.
Zawiesił pochodnię na kamiennym murze i odszedł. Zostaliśmy sami- ja i przybysz- oddzieleni kratami. Minęła wieczność zanim umilkło echo kroków strażnika. Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w ciszy, a ja z uwagą przyglądałem się nowemu. On nie patrzył na mnie, tylko siedział w bezruchu. Wyglądał na człowieka w średnim wieku, miał kilkudniowy zarost i długie, zakrywające twarz włosy. Nie widziałem jego oczu. Siedział w taki sposób, że nie mogłem też ocenić jego postury. Przez chwilę zastanawiałem się, jak długo jeszcze będziemy wsłuchiwać się w głuchą ciszę.
- Więc skąd jesteś?- spytałem, a mój głos potoczył się przez korytarz. Nie odpowiedział, więc spróbowałem jeszcze raz. -Ja nazywam się Rick Haydon, a Ty?

Obcy chyba nie miał ochoty na rozmowę, bo tylko wzruszył niedbale ramionami i oparł się o kamienny mur celi. Zrezygnowałem z dalszych prób rozmowy z nim. Siedziałem wpatrzony w sufit zastanawiając się kim on jest, dlaczego się tu znalazł i o czym może teraz myśleć. Moją zadumę przerwało ponowne stęknięcie drzwi. Obróciłem się w stronę schodów, by dojrzeć, kto tym razem do nas zmierza. Był to ten sam wartownik. Wkroczył do więzienia, spojrzał na mnie, potem na siedzącego niedbale nowego więźnia i zaśmiał się szyderczo. Wsunął do mojej celi półmisek ryżu. Skinąłem głową w geście podziękowania. Następnie strażnik rzucił talerz z posiłkiem mojemu sąsiadowi tak, że jedzenie rozsypało się po posadzce. Nowy nawet nie drgnął, na co żołnierz obróciwszy się na pięcie udał się do wyjścia. Popatrzyłem na obcego i podsunąłem mu mój półmisek. Ten spojrzał na mnie ze zdziwieniem, wziął ryż, zjadł połowę i zwrócił mi. Powiedział tylko:
- Dziękuję.
Ja szybko opróżniłem naczynie i wysunąłem za kratę, by strażnik mógł je potem zabrać. Przysunąłem się bliżej do jego celi i spojrzałem w jego inteligentne, szare oczy.
- Nie znam swego imienia- powiedział chrapliwym głosem nieznajomy. – Niektórzy zwą mnie Cieniem lub Niewidocznym, lecz widzącym. Inni wołają mnie zdrajcą.
- A co takiego zdradziłeś?- spytałem zaniepokojony.
- Całe królestwo- odpowiedział spokojnie.

Obudził mnie czyjś głos. Podniosłem się powoli i popatrzyłem na mojego towarzysza, który mówił przez sen.
-Zabiłem go, ale musiałem dotrzymać słowa. On zabił prawdziwego. Widziałem to.
Nie zrozumiałem sensu tego co mówił, ale położyłem się z powrotem. Jednak nie mogłem zasnąć. Mojego towarzysza obudził stróż, który przyniósł nam zupę dyniową. Kiedy wyszedł opowiedziałem mu, o tym co mówił we śnie.
- To prawda. Zamordowałem króla.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, więc nie odpowiadałem i siedzieliśmy w ciszy, póki strażnik nie przyszedł zebrać pustych talerzy. Wtedy Cień poprosił o kałamarz i pióro. Przyniesiono mu je, a ten zabrał się za pisanie. Nie widziałem co pisze, a gdy spytałem, nie odpowiadał. Wartownik odwiedził nas po raz drugi z talerzami, co oznaczało, że jest wieczór, bo przynoszą nam jedzenie dwa razy dziennie. Kredą skreśliłem kolejny dzień na ścianie i zacząłem jeść swój posiłek. Cień nie podniósł się znad swoich papierów, a stróż stanął nad nim i powiedział:
- Śpiesz się z tym co tam piszesz. Jutro z samego rana zawiśniesz.
Potem spojrzał na mnie i dodał:
- A Ty będziesz miał przyjemność to oglądać Haydon. Odsiedziałeś już swoją karę.

Długowłosy nie przerwał pracy przez całą noc, a gdy rankiem przyszli po niego żołnierze zamiast pożegnać się rzekł:
- „Każdy człowiek jest jak Księżyc. Ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu.” Pamiętaj o tym.
Najpierw zabrano jego, potem wartownicy wrócili po mnie. Wyprowadzili mnie na zewnątrz. Słońce powoli wynurzało się zza horyzontu i oświetlało plac zamkowy, na którym miała odbyć się egzekucja. Przeprowadzono mnie przez niego w stronę bramy zamku i pozostawiono przy niej z listem w ręku. Zdziwiłem się bardzo. Ruszyłem w stronę wyjścia, lecz ciekawość się wzmogła. Przystanąłem, otworzyłem kopertę i wyjąłem zeń pergamin pospiesznie zapisany piórem.


„Życie jest jak książka, a każdy nowy dzień to niezapisana strona taka, jak ta, którą mam teraz przed sobą. W każdej najbardziej liczą się ostatnie strony. To wtedy rozwiązywane są wszystkie zagadki i być może przekazywane pewne wartości. Ja wiem, że moja książka dobiegła już końca, a to co czytasz jest jej ostatnią stroną. Przeczytaj uważnie, bo to rodzaj powieści, w której wszystko zmienia się w momencie kulminacyjnym. Zapewne tak jak wszyscy masz mnie za mordercę, zdrajcę, ale opowiem Ci wszystko od początku do końca. Byłem kiedyś szpiegiem i zarazem przyjacielem króla. Złożyłem mu obietnicę. Przysiągłem bronić go, nie doprowadzić do jego śmierci, a jeżeli tak się nie stanie, zamordować jego zabójcę. Nasz władca miał brata bliźniaka. Nie wiedział o tym nikt, prócz mnie i ich dwóch. Król ukrywał to, bo nie chciał, by ktoś się dowiedział, że w jego rodzinie jest wielokrotny zabójca, morderca, złodziej, przestępca. Pewnego dnia odwiedziłem monarchę, by złożyć raport z misji i ujrzałem jego brata, który wkradłszy się do komnaty, zamordował własnego brata. Niedługo po tym osiadł na tronie podszywając się pod mojego przyjaciela, a ja przypomniałem sobie o mej obietnicy i wykonałem ją. Tak znalazłem się w tej pozycji w jakiej jestem. To cała moja opowieść, a jej morałem jest to, by nie oceniać ludzi, gdy nie wie się nic o nich i ich zamiarach. Nie można wierzyć opowieściom o danym człowieku, czy własnym, ślepym domysłom. Czasem komuś kto oszukuje uda się to ukryć, a czasem ktoś, kto miał dobre intencje, dotrzymywał danego słowa zawiśnie, jak ja dzisiaj.” W tym momencie słońce zaświeciło na niebie w całej swej okazałości, a Cień spojrzał na mnie i po raz ostatni się uśmiechnął. Ze łzami przeczytałem ostatnie i najpiękniejsze zdanie listu: „Każdy człowiek jest jak Księżyc. Ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu.””

Inspirowane słowami Marka Twaina:
 „
Każdy człowiek jest jak Księżyc. Ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu”.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

David i stracony czas

Słońce wyglądało leniwie zza horyzontu, koguty zaczynały piać i małe, portowe miasteczko Valerine budziło się do życia. Słychać było pierwszych kupców, wychodzących na ulice i zachwalających swój towar. W powietrzu rozchodził się zapach świeżo wypiekanego chleba i słonej wody morskiej. Do portu wpływały coraz to nowe wielkie kupieckie statki.

Davida obudził krzyk mew, które przysiadły na dachu jego domu. Chłopak wstał, ubrał się i spojrzał w lustro. Ujrzał wysokiego, dobrze zbudowanego blondyna o pięknych, błękitnych oczach. Młodzieniec wyjrzał przez okno, by rzucić okiem na miasto. Z jego domu roztaczał się szeroki widok na port oraz okoliczne ulice wypełnione straganami
z żywnością i licznymi magazynami. David obserwował jak do portu powoli wpływa piękny trójmasztowiec, na którego burcie zdążył odczytać imię statku.
- Nerei - przeczytał na głos. Statek zacumował i na ląd zaczęli schodzić ludzie. Chłopak dostrzegł wśród nich człowieka po sześćdziesiątce, który rozglądał się nerwowo, jak gdyby ktoś miał go obserwować. David śledził mężczyznę wzrokiem, póki nie zgubił go
w tłocznych uliczkach miasta.

                Niebieskooki spojrzał na zegarek i szybko wybiegł z kamienicy, w której mieszkał,  głośno tupiąc po drewnianych schodach. David pracował w niewielkim sklepie dwie ulice dalej. Można było tam znaleźć pamiątki, stare pergaminy oraz mapy, dzienniki wielkich kapitanów, wiekowe zegarki, pozłacane lunety i inne skarby. Zakład prowadził wiecznie uśmiechnięty pan Verpesso, który choć miał już swoje lata, nie tracił pogody ducha. David wbiegł zdyszany do sklepu, taszcząc na ramieniu wielką, brązową torbę. Nad drzwiami wisiał dzwonek, który odzywał się za każdym razem, gdy ktoś wchodził do środka. Stary Verpesso negocjował właśnie cenę ozdobnej sztalugi, która podobno należała do Leonarda Da Vinci. Kiedy usłyszał dźwięk wydobywający się znad drzwi
i zobaczył chłopca powiedział:
- Jesteś wreszcie. Myślałem, że już się nie zjawisz młodzieńcze, ale bardzo miło mi cię widzieć.
- Dzień dobry. Przepraszam, to się już więcej nie powtórzy.
- Spokojnie chłopcze. Nic się nie stało, tylko chleb zdążył ci wystygnąć.

Blondyn spojrzał na pana Verpesso, a ten wyciągnął spod lady wielki, chrupiący bochen. David zjadł go z apetytem, po czym zabrał się do czyszczenia lunet i naprawiania zegarków. Z tymi pierwszymi nie miał najmniejszych problemów. Szybko starł ledwo widoczny kurz i wypolerował szkła na błysk, a potem poustawiał przedmioty na półkach według własnego pomysłu. Teraz zabrał się za zegarki. Było ich pełno: stare zegary ścienne oznaczone rzymskimi liczbami, drewniane z kukułkami, klepsydrowe i wiele innych, a wszystkie wykonane z niezwykłą precyzją. Na niektórych tarczach dało się dostrzec cały mechanizm wewnętrzny - wszystkie kółka zębate obracające się w różne strony. Były także przepiękne zegarki  kieszonkowe. Jedne otwarte, inne zamykane klapką, do niektórych trzeba było użyć specjalnego kluczyka. Większość była sprawna, wykonana z pospolitych metali, ale jeden się wyróżniał. Pan Verpesso nie pamiętał już kiedy i jak przedmiot znalazł się w sklepie, a było długo przed tym jak David zaczął tam pracę. Zegarek wykonany był ze szczerego złota. Wyglądał na bardzo stary, ale wciąż działał i do tego nie spóźniał się ani o minutę. Zamykało się go na pięknie wykonaną klapkę z pozłacanymi elementami i wyrytym napisem „Własność złodziei czasu”. Chłopiec nie wiedział kim są owi „złodzieje czasu”, ale bardzo pragnął się dowiedzieć. Zawitał
do wszystkich znawców sztuki i jubilerów, lecz nikt nie pomógł mu rozwikłać zagadki. David uważał ten zegarek za niezwykły, odkąd tylko go pierwszy raz ujrzał. Kiedy polerował inne, ten jeden ciągle rzucał mu się w oczy. Wreszcie wziął go do rąk i głośno wypowiedział swoje myśli:
- Do kogo należysz? Jaki sekret skrywasz mały?
Jednak nikt ani nic mu nie odpowiedziało. David popatrzył w kąt i zobaczył starego pana Verpesso, który głośno chrapał rozłożony wygodnie w starym, zakurzonym fotelu. Chłopiec wstał powoli i odłożył przedmioty na półki. Potrącił przy tym ramieniem ozdobną lampę, która z hukiem uderzyła o podłogę, lecz stary się nie obudził. Miał bardzo mocny sen. David jeszcze raz wziął do ręki tajemniczy zegarek kieszonkowy i zaczął przyglądać mu się uważnie.

Nagle rozbrzmiał dźwięk dzwonka, a do sklepu wbiegł zdyszany człowiek. Wyglądał znajomo, a w dodatku wyglądem bardzo przypominał chłopca. Miał identyczne, inteligentne, psotne oczy oraz podobny wzrost i budowę ciała. Jedynie jego jasne włosy przyprószone zostały siwizną. Wyglądał na przerażonego.
- Coś się stało? W czymś pomóc? Potrzebuje pan czegoś? – spytał uprzejmie David.
- Czasu - odpowiedział nieznajomy.
Obejrzał się za siebie, jakby obawiając się, że ktoś go ściga, jednak nikogo nie zobaczył. Wtedy młodzieniec go rozpoznał.  Widział go tego dnia rano, gdy opuszczał statek
w porcie i wtedy także sprawiał wrażenie zakłopotanego. Obcy popatrzył na chłopaka,
a potem dojrzał przedmiot, który ów trzymał w ręce.
- To zegarek szarych panów! - wykrzyknął zdumiony - Skąd go masz?
- Szarego kogo? - spytał mały.
- Szarych panów, złodziei czasu, pochłaniaczy tego co stracone, co zmarnowane.
Dziwny człowiek wziął antyk do ręki i obejrzał go dokładnie. Wyglądał jakby czegoś szukał, a gdy dostrzegł inskrypcję, nie mógł uwierzyć własnym oczom.
- Kim pan tak w ogóle jest?
- Ach tak! Zapomniałem się przedstawić. Marco Insanir. Szukałem takiego cudeńka od dawna - tu wskazał na zegarek. - Szarzy panowie odebrali mi całą rodzinę, tylko syn mojej córki przeżył, lecz nikt nie wie, gdzie on się teraz znajduje i co się z nim dzieje.
A ty jak się nazywasz młodzieńcze?
- David.
- David… Nie masz żadnego nazwiska?
- Nie. A jeżeli mam to niestety o tym nie wiem. Moi rodzice zginęli dawno temu. Nie wiadomo nawet w jakich okolicznościach.
- Wiesz jak się tego używa? - obcy wskazał na zegarek. Widocznie próbował zmienić temat.
- Nie mam pojęcia. A pan wie?
- Tak mi się wydaje - Mówiąc to przestawił pokrętło z prawej strony i położenie wskazówek na wszystkich zegarach w pomieszczeniu zmieniło się o dwie godziny
w przód, a słońce za oknem zbliżyło się ku zachodowi. - Tak się przyspiesza… A tak cofa - wypowiadając te słowa pokręcił gałką z lewej strony. David z wielkim zdziwieniem obserwował jak słońce wraca na poprzednią pozycję wraz ze wskazówkami zegarów.

Chłopak po skończonej pracy wrócił do domu razem z tajemniczym Marco Insinir’em, zabierając ze sobą niezwykły przedmiot. Postanowił przenocować nieznajomego. Chciał też dowiedzieć się czegoś o zegarku, a tym samym przybliżyć się do rozwiązania zagadki.
- A więc kim są ci szarzy panowie? - Zapytał ciekawski chłopiec.
- Możesz mi wierzyć lub nie, ale są to istoty, kradnące ludziom czas. Dlatego nazywa się ich złodziejami czasu - Tu Marco wskazał na inskrypcję na zegarze. - Nękają wszystkich ludzi, choć większość z nas nie ma o tym pojęcia. Mogą przyjmować różne kształty
i rozmiary, ale zazwyczaj starają się ukryć w tłumie, więc upodabniają  się do nas- ludzi. Zwykle noszą popielate garnitury albo płaszcze. Wyróżniają ich siwe włosy, wychudłe blade twarze i nieobecne oczy. Noszą lekki zarost, a ich uszy są wydłużone. Niewiele
o nich wiemy, na przykład dlaczego kradną czas, jaki mają w tym interes, ale niestety to robią. W praktyce wygląda to tak, że kiedy śpieszysz się gdzieś i nagle niewiadomo dlaczego umyka ci dziesięć czy piętnaście minut, jest to ich sprawka.
- Interesują ich tylko minuty? - dopytywał młodzieniec.
- Nie tylko. Najczęściej kradną niewielkie odcinki czasu - minuty, rzadziej godziny. Czasami mają jednak chrapkę na coś większego. Potrafią pozbawić ludzi kilkunastu, kilkudziesięciu lat lub nawet całego życia. Tak zniszczyli prawie całą moją rodzinę - pan Insanir popatrzył przez okno na ulice miasta. - Ale ja nie zamierzam im oddać mojego czasu.
David również spojrzał przez okno i dostrzegł człowieka w średnim wieku, ubranego
w szarawy płaszcz, który szedł bardzo szybkim krokiem. Jego szpiczaste uszy rzucały się
w oczy. Wyciągnął z kieszeni pozłacany zegarek, który zalśnił w blasku słońca i natychmiast ryby ze straganu pewnej pulchnej kobiety zaczęły okropnie śmierdzieć. Były nieświeże, choć złowiła je przed paroma godzinami. A może jednak parunastoma?

David zobaczył jak jeden z szarych panów wyciąga wychudłą dłoń w jego stronę. Próbował dosięgnąć blondyna swoimi paluchami. Chłopak widział wyraźnie jego nieobecne oczy. Złodziej czasu wsunął drugą rękę za pazuchę, skąd wyciągnął zegar
i zaśmiał się złowieszczo. David stał przed lustrem i widział jak jego ciało się starzeje. Jego ręce i twarz zaczynały pokrywać zmarszczki. Jego blond włosy robiły się szare. Poczuł okropny ból w krzyżu. Z jego gardła rozległ się krzyk.
- Obudź się!- krzyknął mu do ucha Marco.
- Co się stało?
- Spokojnie. To tylko zły sen. Mnie też się takie zdarzają, a teraz nie martw się. Wstawaj i pójdziemy coś zjeść. Dobrze ci to zrobi.
Sobotni ranek był bardzo słoneczny i upalny. Musiało być już południe, bo słońce górowało nad miastem rozświetlając każdą uliczkę swymi promieniami. Kiedy David podniósł się
z łóżka, przeciągnął  i ubrał, nieznajomy postanowił zabrać chłopaka na przechadzkę po mieście i jak to powiedział „Pokazać na czym polega życie”. Wyszli na ulicę i zaczęli kierować się w stronę portu. Im bardziej się do niego zbliżali, tym wyraźniejszy stawał się zapach słonej wody i drewna z drzewa sandałowego. Kiedy tak szli przysłuchując się odgłosom miasteczka, Marco Insanir zaczął mówić powolnym i ciepłym głosem:
- Popatrz na tych ludzi. Pewnie przyglądasz im się codziennie… - tu David uśmiechnął się pod nosem, ale nieznajomy nie zwracał na to uwagi. - I co widzisz? Obserwujesz, jak spędzają swój czas. Jak z niego „korzystają” - to słowo wypowiedział jakby ironicznie. – Ale czy na pewno? Być może jestem szalony, ale wszędzie widzę szarych panów - przystanął na moment, lecz po chwili mówił dalej. - Jak ogromną ilość czasu marnotrawią ludzie… Wielu z nich nawet nie ma pojęcia czym on jest. Uważają, że to coś zwykłego, normalnego, pospolitego, ale to nieprawda. Sądzą, że czas to pieniądz i przynajmniej
w tym mają trochę racji, bo oba łączy wiele faktów. Czas można zmarnować, przetrawić na głupoty, dysponować nim z rozwagą, zostać z niego okradzionym - na twarzy obcego pojawił się lekki grymas, ale kontynuował. – To ich sprawka. To sprawka szarych panów. To oni są złodziejami czasu. Kiedy przyjrzysz się dokładnie, dostrzeżesz ich. A kiedy zobaczysz przed sobą złoty zegarek, wyciągany z kieszeni, będzie już za późno. Te przedmioty służą do odbierania czasu, a ten Twój może pomóc w rozwiązaniu tej przeklętej zagadki, na którą strawiłem pół życia.
- Ach tak… - David starał się podsumować myśli kołaczące mu w głowie. - Ale nie rozumiem jednego. Jak się przed nimi ochronić?
- Żyć pełnią życia, nie marnować czasu, robić to co się kocha. Ja niestety odkryłem to za późno. Ostatnie dwadzieścia lat życia przeżyłem w rok. Z dnia na dzień byłem starszy prawie o miesiąc. Tylu rzeczy teraz żałuję…
- A co takiego zrobiłeś w ciągu tego czasu? – spytał dociekliwy chłopak.
- Sęk w tym, czego nie zrobiłem. Ominęła mnie duża część mojego życia. Mogłem żyć normalnie i dokonać tego wszystkiego o czym zawsze marzyłem, a straciłem tak wiele… Rodzina… Przyjaciele… Zadarłem z nie tymi co trzeba…

David poprowadził towarzysza na drewniany pomost i tam siedzieli bez słowa, póki słońce nie zaczęło chylić się ku zachodowi. Wtedy Marco rzekł:
- Musimy szybko wracać. Chowają się w cieniu.
I faktycznie. David ujrzał trzy szaro - popielate cienie, ukryte w mroku. Podnieśli się gwałtownie i ruszyli żwawym krokiem do gospody. Idąc chłopiec usłyszał krzyk. W oddali ujrzał mężczyznę, który zgiął się w pół i padł na ziemię. Postać stojąca przed nim zaśmiała się szyderczo, a złoty zegar zabłysnął w ostatnich promieniach słońca. Marco krzyknął:
- Biegiem!
David pędził tak szybko, jak tylko mógł, a mężczyzna był tuż za nim. Nagle, gdy byli już bardzo blisko domu, chłopak usłyszał za sobą cichy jęk i odgłos uderzania o kamienny bruk czegoś ciężkiego. Odwrócił się na pięcie. Zobaczył, jak jego towarzysz pada na kolana,
a wokół niego kręci się dwóch szarych panów. Chłopaka zamurowało. Widział z bliska ich bladą skórę, oczy bez wyrazu skryte za rąbkiem kapelusza i popielate płaszcze okrywające ich wychudłe ciała. Błękitnooki podbiegł do jednego z nich i uderzył go pięścią w twarz. Stwór wydawał się niewzruszony.
- Najwyraźniej oni nie odczuwają bólu- powiedział w myślach chłopak. Przez chwilę się wahał, po czym zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszłą mu do głowy: Wyciągnął z kieszeni złoty zegarek, taki sam, jak te należące do kreatur, po czym podstawił go przed nieobecne oczy stworzenia i poczuł jak coś jest wysysane z szarego pana. Chłopak był bardzo zdziwiony. Odebrał łup złodziejowi, lecz nim zdążył się odwrócić, druga z postaci wysunęła swój zegar przed oczy Marco. Mężczyzna natychmiast całkiem posiwiał i zaczął się szybko starzeć. Jego skóra, którą ledwo dotknęły oznaki starości, zamieniła się
w pooraną zmarszczkami warstwę, a na plecach wyrósł wielki garb. David wytrącił przedmiot z ręki złodzieja, lecz było za późno.
- Nic ci nie będzie. Wszystko się dobrze skończy - rzekł chłopiec pochylając się nad staruszkiem leżącym na ziemi.
- Owszem. Ale nie dla mnie. Mój rozdział się zakończył, ale nie żałuję tego co zrobiłem, bo w końcu po części rozwiązałem zagadkę szarych panów, co było moim największym marzeniem - tu się uśmiechnął. – Szkoda mi tylko, bo wiem, że wiele jeszcze mogłem dokonać. Żałuję tego czego nie udało mi się zrobić, nie tego co uczyniłem- urwał, lecz po chwili mówił dalej. - Dla Ciebie jest jeszcze szansa młodzieńcze. Teraz uciekaj i nie powtarzaj moich błędów.  Nie wahaj się. Rób to, co kochasz i czego najmocniej pragniesz,  spełniaj swoje marzenia. Nie odkładaj nic „na jutro”. Jeśli masz jakiś cel, każdego wieczoru zasypiaj z poczuciem, że w pewnym stopniu jest on Ci bliższy,
a któregoś ranka obudzisz się i będziesz wiedział, że udało Ci się go osiągnąć.
David przybliżył się jeszcze do starca i jedna łza spłynęła po jego policzku. Czule spojrzał na Marco i powiedział:
- Nie zawiodę Cię dziadku.
Marco przeczuwał od dawna, że to właśnie David może być jego zaginionym wnukiem, ale teraz był tego całkowicie pewien. Uśmiechnął się tylko i pomyślał: „Było warto” po czym, jak mawiają żeglarze „Odpłynął do Hilo”.

David biegł czym prędzej w stronę swojej kamienicy. Po jego policzkach z każdą chwilą spływały nowe strugi łez. Próbował otrzeć je rękawem, ale pojawiały się na nowo. Wiedział, że jako mężczyzna nie powinien płakać, ale wczoraj poznał swego jedynego krewnego, którego śmierć ujrzał przed chwilą na własne oczy. Czuł smutek, wielki smutek z utraty tak mądrego człowieka, ale był też szczęśliwy, że tyle mógł się od niego nauczyć,  i że poznał wreszcie jak brzmi jego własne nazwisko. Wymówił je dumnie na głos:
- Insanir. David Marco Insanir.
Nie miał pojęcia co powinien teraz zrobić. Wiedział tylko jedno: Nie zawiedzie towarzysza. Weźmie los we własne ręce. Zawsze będzie robił wszystko by spełniać swoje marzenia i uda mu się. Był pewien, że dokona wszystkiego co sobie wymyśli i jakikolwiek cel obierze, osiągnie go. Nigdy się nie zawaha i nie będzie niczego żałował, bo nie znajdą się ku temu powody. Będzie szczęśliwy i tym samym spełni ostatnią wolę Marco Insanira - człowieka, któremu wszystko zawdzięcza.

Inspirowane cytatem Marka Twaina:
"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj".