niedziela, 11 maja 2014

Zgasło światło latarni

Spotkałem kiedyś człowieka. Był inny, niezwykły. Potrafił zaskakiwać. Pamiętam dokładnie tamtą noc. Wyszedłem wtedy na spacer. Zatrzymałem się nad brzegiem morza i usiadłem na stromym urwisku. Obserwowałem uważnie latarnie morską. Jej światło przebijało się ponad taflą wody, co jakiś czas padając na mnie.

Nagle za sobą usłyszałem łagodny, męski głos:
- Jest piękna. Jak twoja własna gwiazda rozświetlająca noc.
Odwróciłem się gwałtownie, lecz w ciemności ukazał mi się jedynie cień.
- Z pewnością – odpowiedziałem nieznajomemu.
Nagle, w oślepiającym świetle latarni, ujrzałem go. Był dość wysoki i szczupły. Ręce bezwiednie spoczywały w kieszeniach. Jego kruczoczarne włosy unosił wiatr. W błękitnych oczach, oglądających taflę wody, dostrzegłem melancholię i tęsknotę. Nieznajomy podszedł do skraju urwiska i pochylił się nad przepaścią.
- Mogę z tobą tu posiedzieć? – spytał, spoglądając na mnie.
- Będzie mi przyjemnie podziwiać z kimś ten widok. Wschody słońca są wyjątkowo piękne o tej porze roku – odpowiedziałem.
Uśmiechnął się i przysiadł koło mnie. Długi czas siedzieliśmy w milczeniu, aż wreszcie spytał:
- Byłeś kiedyś na morzu?
Opowiedziałem mu o moich wyprawach z ojcem:
- Staruszek miał olbrzymi kuter i codziennie rano wypływał nim na połów. Pewnego wieczoru, jak zwykle czekaliśmy na niego z matką. Nie wrócił.
Mężczyzna słuchał mnie uważnie spoglądając na horyzont. Wreszcie rzekł:
- Mój ojciec był w marynarce. Też zginął na morzu.
Choć rozmawialiśmy przez całą noc, nieznajomy nie podał swojego imienia, nie przedstawił się, nie zdradził ile ma lat i skąd przybywa. Nie mówił nic o sobie, mimo że lubił opowiadać.
                
Słońce zaczęło powoli wychylać się znad widnokręgu. Przestaliśmy rozmawiać i przyglądaliśmy się jak niebo rozświetlają czerwono-pomarańczowe promienie. Wiatr umilkł, a fale zamiast gwałtownie rozbijać się o skały, jedynie muskały je, osadzając na nich wodę.
- Jest tak pięknie – powiedział nieznajomy.
Pokiwałem głową, zgadzając się z jego słowami.
- Która godzina? – wskazałem na jego zegarek kieszonkowy.
Sięgnął po niego z uśmiechem.
- Widzisz… Nie wszystko jest takie proste. Nie wszystko jest takie, jak ci się wydaje – otworzył zegarek.

Nie wiedziałem o czym mówi, póki nie spojrzałem na przedmiot, który trzymał w ręku. Wskazówki poruszały się w przeciwnym kierunku. Czas na jego zegarku cofał się.
- Niesamowite – skomentowałem z podziwem.
- Zrobiłem go po śmierci ojca. Gdyby dało się przywrócić przeszłość – westchnął. – Ale naszego życia nie da się cofnąć. Możemy przeżyć je tylko raz. Prawdą jest, że wszyscy idziemy w tym samym kierunku, choć każdy inną drogą. Musisz tylko odnaleźć swoją, bo życie bez celu, z dnia na dzień, nie ma żadnego sensu. Jesteś jeszcze młody, poznasz swoje przeznaczenie. Na mnie już za późno. Mój czas minął. Wstał, zbliżył się znowu do krawędzi urwiska, spojrzał w przepaść, podniósł wzrok na horyzont. Słońce właśnie wschodziło i robiło się jasno. W chwili, gdy zgasło światło latarni, zgasł i on. Skoczył. Nie zdążyłem nic zrobić, ale wiem, że nie mogłem go powstrzymać.

Tej nocy poznałem człowieka, którego zawsze będę pamiętał, pomimo, że nie mam jego zdjęcia, pomimo że nie znam jego imienia, wieku czy pochodzenia. Zapamiętam go, bo dał mi wspaniałą życiową lekcje: Trzeba mieć po co żyć. Trzeba mieć cel, pasję, szczęście. Nie można żyć z dnia na dzień, robiąc tylko to, co potrzebne by przetrwać. Trzeba żyć, a nie tylko istnieć. Trzeba dostrzegać w życiu piękno, podziwiać wschody słońca i mieć przyjaciół, którzy popatrzą na nie z tobą. Trzeba mieć po co żyć.

Inspirowane cytatem z filmu „Ciekawy Przypadek Benjamina Buttona”:
„Wszyscy idziemy w tym samym kierunku, choć każdy inną drogą”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz