niedziela, 8 marca 2015

Pierwsza dedykacja, wieczna inspiracja

Znienacka podnoszę się z zimnej podłogi. Szybkie kroki kierują mnie w stronę okna. Do pokoju wpadają jasne smugi światła. Spuszczam żaluzje, teraz pokój jest prawie całkiem ciemny. Tylko małe okienko w przeciwległej ścianie wpuszcza nikłe promienie słońca. W pomieszczeniu panuje niecodzienna atmosfera. Patrzę na wszystko zupełnie inaczej. Ściany o naznaczonym nudą żółtym kolorze mają w sobie coś przyjemnego, coś ciepłego. Pozorny nieład na biurku jest tylko dowodem na to, że ktoś tu mieszka. Powoli podchodzę do wielkiej tablicy korkowej, wiszącej na ścianie. Zdjęcia z ludźmi, których nie widziałam od wieków; bilety z metra; stare walentynki – wyznania miłości, które dziś niewiele znaczą; identyfikatory konkursowe – dowód, że kiedyś miałam coś w głowie; pocztówka, którą przyjaciółka wysłała z Ameryki; piórko przywiezione z wioski indiańskiej; rysunki ze szkolnych zeszytów. Odwracam wzrok. Mam przed sobą pokój obklejony nie plakatami, jak to bywa u nastolatek, lecz cytatami spisanymi na skrawkach papieru.

Otwieram szafkę na której widnieje kartka z napisem „Pisanie jest formą terapii. Czasami zastanawiam się, jak wszystkim tym, którzy nie piszą, udaje się uniknąć szaleństwa, melancholii, panicznego strachu trwale zakorzenionych w ludzkiej kondycji”. Moje palce ostrożnie dotykają zakurzonego woluminu, stojącego na jednej z półek. Błysk. Przebłysk wspomnień. Rozmowa z jedyną osobą, która widziała w tych książkach to, co ja. Odruchowo cofam rękę. Przypominam sobie, co jest w środku. Biorę głęboki oddech, a potem pewnie sięgam po książkę i otwieram ją na pierwszej stronie. Do oczu napływają mi łzy, gdy znajduję niewielką karteczkę. Parę lat temu mała marzycielka zapisała na niej dedykację, która miała się znaleźć na pierwszej stronie jej własnej książki. Parę zdań zapisanych w środku nocy dla kogoś, kogo już nie ma. Ręce zaczynają mi się trząść. Nie potrafię powstrzymać łez, które spadają na pożółkłe strony. Zatrzaskuję okładkę i ciskam przedmiotem w kąt pokoju. Spoglądam na niższą półkę i wyciągam trzy ładne zeszyty. Pierwszy ma w sobie tylko słowa. Niby przypadkowe, lecz układające się w jedną całość. To mój niekończący się ciąg inspiracji, z których każda rodzi następną. Drugi to prezent, od kolegi z podstawówki. Kolegi, z którym, gdy go ostatnio spotkałam, nie potrafiliśmy zamienić dwóch zdań. Tytuł zeszytu głosi „Marzenia i zasady”. Z sześciu pragnień, tylko jedno udało mi się zrealizować, choć gdybym wtedy wiedziała do czego doprowadzi, chyba bym się rozmyśliła. Dalej… zasady. Jedna z nich głosi, że trzeba „śpieszyć się powoli”. Brzmi ambitnie jak na dziesięciolatkę. Szczególnie taką, która po paru latach będzie miała bzika na punkcie marnowania czasu. Trzeci zeszyt, najpiękniejszy, wygląda jak stara mapa. Na środku okładki znajduje się prawdziwy kompas, a kartki są puste. Czeka na swoją „wielką przygodę”, na coś wartego opisania. Czy się doczeka? Czas pokaże.

Otwieram kolejną szafkę, wyjmuję albumy ze starymi zdjęciami, całe albumy żywych, zobrazowanych wspomnień. Nigdy  nie lubiłam zdjęć. Wydawały mi się zbyt proste. Szybko je zamykam i chowam z powrotem. Prawdziwe wspomnienia kryją się głębiej. Podchodzę do rzuconej w kąt książki i jeszcze raz biorę ją w ręce. Siadam, opierając się plecami o ścianę, zapalam małą lampkę nocną i zaczynam czytać. I ja, która planuje każdą godzinę, każdą minutę swojego życia, tracę kontrolę nad czasem. Uciekam, zamykam się przed światem dokładnie jak wtedy, gdy miałam jedenaście lat.


Bardzo wyraźnie odczuwam przemijanie. Z wiekiem wszystko się zmienia, zarówno świat zewnętrzny, jak i my sami. Wspomnienia się zacierają, nasze priorytety i wartości są zupełnie inne niż kiedyś. Dziś przyjacielem nazywamy inną osobę niż pięć czy dziesięć lat temu. Zmiany są dobre, a przede wszystkim są potrzebne. Bez nich nie istniałby rozwój. Ale ważne by starając się udoskonalić siebie, nie zapomnieć kim się właściwie jest, by w całym zamieszaniu zmieniającego się świata, nie zgubić własnego ja... I słuchając „naszej” piosenki, po latach żałuję, że jakaś część mnie odeszła razem z osobą z dedykacji. Odeszła razem z moją pierwszą, wieczną inspiracją i nie wiem czy kiedykolwiek powróci.


Inspirowane pierwszą, wieczną inspiracją i cytatem Grahama Greene'a:
„Pisanie jest formą terapii. Czasami zastanawiam się, jak wszystkim tym, którzy nie piszą, udaje się uniknąć szaleństwa, melancholii, panicznego strachu trwale zakorzenionych w ludzkiej kondycji”