poniedziałek, 6 lipca 2015

Czym jest szczęście?

Wracałam do domu. Ulice spowijała ciemność, a chłodne powietrze otaczało moje rozpalone policzki. Znałam drogę na pamięć. Nogi niosły mnie lekko przez betonowe chodniki, wąskie ścieżki i ponure zaułki. Mówi się, że miasta nigdy nie śpią, ale moje właśnie zapadło w krótką drzemkę. Zwykle przeludnione ulice, stały puste. Żadnych ludzi, żadnych samochodów. I ja. Mała dziewczynka a może odpowiedzialna kobieta? Jedna wśród nicości. Zatrzymałam się przed przejściem dla pieszych. Szybki rzut oka w prawo i w lewo. Moje spojrzenie zatrzymało się na zielonej ławce. Podeszłam bliżej. Farba schodziła, konstrukcja zawalała się, powoli zapadając w sen, tak jak miasto. Usiadłam. I nagle wszystko wróciło.

Patrząc na ulicę z innej perspektywy, ujrzałam samotną matkę, pchającą wózek z dzieckiem. Po chwili wróciła z kilkuletnią blondynką. Mała trzymała ją za rękę, jakby prosząc, by nigdy jej nie puszczać. Potem ta sama dziewczynka. Przychodziła tu, gdy nie wiedziała co robić. Jej wielkie zielone oczy szkliły się, gdy przeglądała jakieś zdjęcia. Wtem trochę starsza, zmęczona, gdy po ciężkim treningu potrzebowała wyciszenia. Albo zdenerwowana, gdy uciekała ze szkoły, by dotrzeć do swego azylu. Wreszcie ujrzałam silną, dojrzałą kobietę, która wracała tu raz na jakiś czas. Szukała zapomnienia, miejsca, gdzie nikt nie będzie jej szukał i w którym nikt jej nie znajdzie.

Wszystko wróciło. W mojej pamięci przesuwały się obrazy. Powody przez które tu przychodziłam. Czy można być szczęśliwym cały czas? Choć od dawna nie miałam po co odwiedzać zielonej ławki, zdałam sobie sprawę, że te historie dalej żyją we mnie. Że na wspomnienia nie ma lekarstwa. Że pamięć rozrywa na włókna kruche ściany szczęścia. Ale to, że czasem odpłyniemy w przeszłość, nie zamyka nam drogi do przyszłości. Wspomnienia pomagają zrozumieć kim jesteśmy. Więc jedyne co możemy zrobić, to stworzyć coś, do czego chętnie będziemy wracać. Miej wspomnienia i twórz wspomnienia. Wspomnienia warte zapamiętania.


niedziela, 8 marca 2015

Pierwsza dedykacja, wieczna inspiracja

Znienacka podnoszę się z zimnej podłogi. Szybkie kroki kierują mnie w stronę okna. Do pokoju wpadają jasne smugi światła. Spuszczam żaluzje, teraz pokój jest prawie całkiem ciemny. Tylko małe okienko w przeciwległej ścianie wpuszcza nikłe promienie słońca. W pomieszczeniu panuje niecodzienna atmosfera. Patrzę na wszystko zupełnie inaczej. Ściany o naznaczonym nudą żółtym kolorze mają w sobie coś przyjemnego, coś ciepłego. Pozorny nieład na biurku jest tylko dowodem na to, że ktoś tu mieszka. Powoli podchodzę do wielkiej tablicy korkowej, wiszącej na ścianie. Zdjęcia z ludźmi, których nie widziałam od wieków; bilety z metra; stare walentynki – wyznania miłości, które dziś niewiele znaczą; identyfikatory konkursowe – dowód, że kiedyś miałam coś w głowie; pocztówka, którą przyjaciółka wysłała z Ameryki; piórko przywiezione z wioski indiańskiej; rysunki ze szkolnych zeszytów. Odwracam wzrok. Mam przed sobą pokój obklejony nie plakatami, jak to bywa u nastolatek, lecz cytatami spisanymi na skrawkach papieru.

Otwieram szafkę na której widnieje kartka z napisem „Pisanie jest formą terapii. Czasami zastanawiam się, jak wszystkim tym, którzy nie piszą, udaje się uniknąć szaleństwa, melancholii, panicznego strachu trwale zakorzenionych w ludzkiej kondycji”. Moje palce ostrożnie dotykają zakurzonego woluminu, stojącego na jednej z półek. Błysk. Przebłysk wspomnień. Rozmowa z jedyną osobą, która widziała w tych książkach to, co ja. Odruchowo cofam rękę. Przypominam sobie, co jest w środku. Biorę głęboki oddech, a potem pewnie sięgam po książkę i otwieram ją na pierwszej stronie. Do oczu napływają mi łzy, gdy znajduję niewielką karteczkę. Parę lat temu mała marzycielka zapisała na niej dedykację, która miała się znaleźć na pierwszej stronie jej własnej książki. Parę zdań zapisanych w środku nocy dla kogoś, kogo już nie ma. Ręce zaczynają mi się trząść. Nie potrafię powstrzymać łez, które spadają na pożółkłe strony. Zatrzaskuję okładkę i ciskam przedmiotem w kąt pokoju. Spoglądam na niższą półkę i wyciągam trzy ładne zeszyty. Pierwszy ma w sobie tylko słowa. Niby przypadkowe, lecz układające się w jedną całość. To mój niekończący się ciąg inspiracji, z których każda rodzi następną. Drugi to prezent, od kolegi z podstawówki. Kolegi, z którym, gdy go ostatnio spotkałam, nie potrafiliśmy zamienić dwóch zdań. Tytuł zeszytu głosi „Marzenia i zasady”. Z sześciu pragnień, tylko jedno udało mi się zrealizować, choć gdybym wtedy wiedziała do czego doprowadzi, chyba bym się rozmyśliła. Dalej… zasady. Jedna z nich głosi, że trzeba „śpieszyć się powoli”. Brzmi ambitnie jak na dziesięciolatkę. Szczególnie taką, która po paru latach będzie miała bzika na punkcie marnowania czasu. Trzeci zeszyt, najpiękniejszy, wygląda jak stara mapa. Na środku okładki znajduje się prawdziwy kompas, a kartki są puste. Czeka na swoją „wielką przygodę”, na coś wartego opisania. Czy się doczeka? Czas pokaże.

Otwieram kolejną szafkę, wyjmuję albumy ze starymi zdjęciami, całe albumy żywych, zobrazowanych wspomnień. Nigdy  nie lubiłam zdjęć. Wydawały mi się zbyt proste. Szybko je zamykam i chowam z powrotem. Prawdziwe wspomnienia kryją się głębiej. Podchodzę do rzuconej w kąt książki i jeszcze raz biorę ją w ręce. Siadam, opierając się plecami o ścianę, zapalam małą lampkę nocną i zaczynam czytać. I ja, która planuje każdą godzinę, każdą minutę swojego życia, tracę kontrolę nad czasem. Uciekam, zamykam się przed światem dokładnie jak wtedy, gdy miałam jedenaście lat.


Bardzo wyraźnie odczuwam przemijanie. Z wiekiem wszystko się zmienia, zarówno świat zewnętrzny, jak i my sami. Wspomnienia się zacierają, nasze priorytety i wartości są zupełnie inne niż kiedyś. Dziś przyjacielem nazywamy inną osobę niż pięć czy dziesięć lat temu. Zmiany są dobre, a przede wszystkim są potrzebne. Bez nich nie istniałby rozwój. Ale ważne by starając się udoskonalić siebie, nie zapomnieć kim się właściwie jest, by w całym zamieszaniu zmieniającego się świata, nie zgubić własnego ja... I słuchając „naszej” piosenki, po latach żałuję, że jakaś część mnie odeszła razem z osobą z dedykacji. Odeszła razem z moją pierwszą, wieczną inspiracją i nie wiem czy kiedykolwiek powróci.


Inspirowane pierwszą, wieczną inspiracją i cytatem Grahama Greene'a:
„Pisanie jest formą terapii. Czasami zastanawiam się, jak wszystkim tym, którzy nie piszą, udaje się uniknąć szaleństwa, melancholii, panicznego strachu trwale zakorzenionych w ludzkiej kondycji”

niedziela, 22 lutego 2015

Lecz nawet jeśli nie mamy nic...

Jeśli umieramy tylko raz, chcę umrzeć z Tobą

Pierwszy dzień w nowej szkole. Rozglądam się uważnie, przypatruję się ludziom, w końcu to z nimi spędzę najbliższe 3 lata. Niektóre oczy błądzą oglądając klasę, inne karcące spojrzenia omiatają czyjąś sylwetkę, kolejne wbite są w nauczycielkę, która właśnie weszła do pomieszczenia. Tylko dwa zielone punkty w całej tej gamie kolorów pozostają nieruchome. Głowa spuszczona w dół, krótkie brązowe włosy, w jednym uchu dwa srebrne kolczyki. Bez wahania siadam koło zamyślonej dziewczyny.
- Tutaj jest wolne? Mogę? – pytam, a ona tylko wzrusza ramionami.
Po chwili milczenia przedstawiam się i dowiaduję się, że moja tajemnicza koleżanka z ławki ma na imię Łucja. Siedzi cicho, ale nie jest smutna. Jest po prostu zamknięta w sobie.

Jeśli umieramy tylko raz, chcę umrzeć z Tobą

Spędzamy razem coraz więcej czasu, coraz częściej rozmawiamy. Wiem już, że ona nie zna nikogo w tej szkole. Sprawia wrażenie lekko przestraszonej, jakby bała się ludzi. Jest pilna, uczynna, dobrze się uczy. Wydaje się ideałem społeczeństwa – szczupła, piękna, uczynna, dobra, wypełniająca bez słowa wszystkie swoje obowiązki, mądra, a jednocześnie cicha i spokojna. Czasem widać, że chciałaby coś powiedzieć, sprzeciwić się, ale tego nie robi i z jakiegoś powodu trzyma język za zębami. Dlaczego? Wciąż nie mogę jej rozgryźć, chcę dowiedzieć się o niej więcej, ale żeby otrzymać odpowiedź, trzeba najpierw zadać pytanie. Takie są jej reguły gry.

Jeśli umieramy tylko raz, chcę umrzeć z Tobą

Bardzo lubię Łucję. Jest niezwykła. Wrażliwa, uczuciowa. Stara się tego nie okazywać, ale każdy kto uważnie ją obserwuje widzi to, co ja. Może tylko ona sama nie jest w stanie dostrzec tego w sobie. Chcę żeby się otworzyła, chociaż przede mną. Wydaje mi się, że mogę powiedzieć jej wszystko, ale wiem, że ona nie czuje tego samego w stosunku do mnie. Czasem smutno mi trochę z tego powodu, ale co mogę zrobić…

Jeśli umieramy tylko raz, chcę umrzeć z Tobą

Przechodzimy przez to samo. Niewypowiedziane słowa, wypowiadające wszystko spojrzenia. Jesteśmy tak różne, a jednocześnie tak podobne. Błądzimy w poszukiwaniu sensu labiryntu, jakim jest życie… i wchodzimy w te same ślepe uliczki. Mam mętlik w głowie. Nie wiem od czego. Chyba od niepowodzeń. Mam już dość, tak samo jak ona.

Jeśli żyjemy tylko raz, chcę żyć z Tobą

Udało nam się przetrwać i trwamy dalej. Wciąż szukamy, wciąż błądzimy, odwiedzamy te same ślepe uliczki, ale coś się zmieniło. Tym razem mamy siebie. Nasze akcje lecą w górę, w dół, zyskujemy, tracimy. Lecz nawet jeśli nie mamy nic… wciąż mamy siebie.

Inspirowane piosenką "Something I need" One Republic oraz słowami prawdziwej "Łucji"

czwartek, 1 stycznia 2015

Nieśmiertelny


Żył sobie pewien szczęśliwy człowiek. Nigdy na nic nie narzekał, nie miał żadnych problemów, dobrze zarabiał na swojej pracy, bo robił to co kochał. Spełniał swoje marzenia. Dzielił się szczęściem z kochającą rodziną i oddanymi przyjaciółmi. Jego pewność siebie rosła i rosła. Mężczyzna wyznaczał sobie coraz trudniejsze cele, pragnął czerpać z życia jeszcze więcej radości. Lata mijały, a jego bajka wciąż trwała. Inni mogli mu jedynie zazdrościć. Lecz do głowy tego człowieka zaczęła napływać jedna, niepokojąca myśl – przemijanie. Przestraszył się. W końcu był wiecznym optymistą, nigdy nie spotkało go nic przykrego. „Spokojnie, jeden problem nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi” - pomyślał i zaczął szukać wyjścia z sytuacji. Tak zamarzył o nieśmiertelności.

„Tak! To jest to!” – myślał. – „Wieczne życie to przecież wieczne szczęście”.
Dowiedział się od przyjaciela, że naukowcy z instytutu w Californii wynaleźli eliksir nieśmiertelności. Wsiadł w samochód i czym prędzej tam pojechał. Wszedł do olbrzymiego budynku. Wszystkie ściany były oszklone, prócz jednej – tam ponoć znajdowały się sale eksperymentalne. Przy wejściu powitała go urocza sekretarka. Była zaskoczona, gdy powiedział jej czego szuka w instytucie. Zaprowadziła go do gabinetu, w którym siedziało trzech naukowców w białych fartuchach lekarskich.
- Dzień dobry – mężczyzna skinął głową.
- Witam pana, proszę usiąść – jeden z lekarzy wskazał gościowi krzesło.
- Co pana do nas sprowadza? – spytał drugi.
- Otóż… Dotarła do mnie nieoficjalna informacja, że ponoć panowie wynaleźli eliksir nieśmiertelności i tu pojawia się moje pytanie – Czy państwa wynalazek jest na sprzedaż?
Naukowcy spojrzeli po sobie.
- My… My jesteśmy dopiero w fazie testów – odrzekł jeden z nich.
- Hmm… - mężczyzna zmartwił się nieco. – A może mógłbym pomóc w eksperymencie?
- Chce pan być królikiem doświadczalnym? – spytał zdziwiony doktor.
- Czemu nie? – odparł bez zastanowienia.
- A więc zaczniemy od razu – zadecydował jegomość w białym fartuchu.

Szczęśliwiec został przeprowadzony do innego pomieszczenia. Ułożono go na łóżku i dokładnie zbadano. Lekarze nie wykryli żadnych schorzeń.
- Proszę to podpisać – powiedział jeden z nich.
- Dobrze – odpowiedział mężczyzna biorąc plik kartek. – Czemu tego jest tak dużo? – spytał zdziwiony.
- Niedużo, jeśli pomyśleć o skali eksperymentu – naukowiec uśmiechnął się zza okularów.
Regulamin składał się z trzydziestu stron wypisanych małym druczkiem zasad i wskazówek, ale cóż… Człowiek nie miał już wyboru, więc przejrzał go i podpisał.
- Dziękuję – powiedział okularnik. – Zaraz przyniesiemy panu wywar.
Wrócił po kilku minutach niosąc kolbę wypełnioną fioletowo-niebieską cieczą.
- Do dna –powiedział wręczając pacjentowi płyn.
Mężczyzna poczuł zapach ananasa i zgniłej gruszki. Przez chwilę nieufnie przyglądał się naczyniu, a potem wziął głęboki łyk. Zamknął oczy i wypił całą zawartość kolby. Poczuł jak jego ręce odmawiają mu posłuszeństwa i usłyszał odgłos rozbijania szkła.

Gdy się obudził, spojrzał na podłogę, ale nie było na niej nawet śladu po kolbie. Rozejrzał się wokół siebie. Nie zobaczył nic nadzwyczajnego, pokój wyglądał tak samo jak wcześniej. Pacjent ostrożnie podniósł się z łóżka i podszedł do lustra, zawieszonego na ścianie. Chciał zobaczyć, czy zmienił się jego wygląd, ale przedmiot nie ukazał odbicia. Mężczyzna zdziwił się. Wyszedł z pokoju i udał się w stronę recepcji. Po drodze nikogo nie spotkał, bo trwała nocna zmiana.
- Dzień dobry. Jestem Jason Keison, pacjent dr Henninga.
Kobieta nie odpowiedziała.
- Przepraszam, proszę pani – rzekł lekko poirytowany.
Recepcjonistka wciąż zdawała się nie słyszeć mężczyzny. Jason wychylił się, by zobaczyć czym jest tak zajęta, że go nie zauważa. Znieruchomiał. Kobieta pisała na klawiaturze komputera, ale nie to było dziwne. Pisała niewiarygodnie szybko. Jej palce ślizgały się po literkach dużo szybciej niż normalnie. Nagle Keison usłyszał za sobą jakiś zniekształcony, wysoki dźwięk. Obrócił się na pięcie i ujrzał dwóch lekarzy idących z jednego gabinetu do drugiego. Szli bardzo szybko a to, co mężczyzna usłyszał było widocznie przyspieszoną mową. Zrozumiał, że wywar nieśmiertelności zadziałał, ale nie tak, jak to było w planach.


Człowiek wyszedł z instytutu i po przejściu paru metrów znalazł się na ruchliwym skrzyżowaniu. Ludzie biegali z zawrotną szybkością, samochody jeździły jak na wyścigach formuły 1, a reklamy pojawiały się jedynie na ułamek sekundy, by zniknąć po następnym. Jason zrozumiał, że jego życie nie będzie trwało dłużej, tylko jego czas został spowolniony w stosunku do czasu innych, że jego życie zostało w pewien sposób zatrzymane. Spojrzał na zegarek. Wskazówki obiegały tarczę w zawrotnym tempie. Postanowił przekroczyć ulicę. Samochody przejeżdżały przez jego ciało, nie robiąc mu żadnej krzywdy. Nim zdążył przejść na drugą stronę skrzyżowania, gdzie znajdował się park, zapadła noc. Nieśmiertelny usiadł na ławce wśród drzew, obserwując ludzi. Wszyscy biegli, pojazdy jeździły szybko, a zmieniające się i migające reklamy nie dawały mu spokoju. Był jedyną osobą, która wcale się nie poruszała. Patrzył na ten pędzący świat długimi godzinami, aż zdał sobie sprawę, że właściwie nic się nie zmieniło. Ludzie śpieszą się tak samo jak kiedyś, tak samo jak zawsze. Zauważył, że jedynym co uległo zmianie jest jego punkt widzenia. „Że też wcześniej nie mogłem tego dostrzec, że też nie potrafiłem zatrzymać się, by ujrzeć świat pędzący tak bez opamiętania do przodu i do przodu” – pomyślał, zamknął oczy i zasnął, by już nigdy się nie obudzić.

sobota, 6 grudnia 2014

Dostarczyciel

Usłyszałem nerwowe pukanie do drzwi. Wstałem, ubrałem koszulę i spodnie. Za oknem panowała ciemność. Przekręciłem klucz i otworzyłem drzwi.
- Szybko, nie mamy wiele czasu – usłyszałem.
- Kim pan jest?
Nieznajomy nie odpowiedział, tylko wszedł do środka i dał mi znak, żebym zamknął drzwi. Tak też zrobiłem.
- Potrzebujemy światła – rzekł mężczyzna, wyglądając przez okno i szybkim ruchem zaciągając firanki. Wyglądał na zdenerwowanego. Zapaliłem świecę i spojrzałem na niego. Był ubrany w garnitur i czarny płaszcz z niedopiętymi guzikami. Nosił melonik i okulary. Spojrzał na mnie zielonymi oczami i spytał:
- Panicz Cane, prawda?
- Tak, skąd pan… Właściwie co pan tu robi? – odpowiedziałem zmieszany.
- Miałem je panu przekazać. Chwila – zaczął przeszukiwanie kieszeni. -Och, tutaj są – drżącymi rękami podał mi zawiniątko.
Rozwinąłem materiał. W środku były zapieczętowane listy.
- Co mam z nimi zrobić? – spojrzałem zdziwiony na zielonookiego.
- Właśnie. Jestem tu, ponieważ mam dług u Twego ojca, paniczu. Powierzył mi te listy jakiś czas temu na wypadek gdyby to się stało…
- Na wypadek gdyby co? – przerwałem mu.
- Cóż… Pański ojciec… On… - mężczyzna zaczął się jąkać. – Pan Cane trafił do więzienia. Strażnicy przyszli po niego w nocy. Teraz jest już pewnie w drodze do Casterliff.
- Ale co to ma wspólnego z tymi listami? – spytałem drapiąc się po głowie.
- Pan Cane prosił by przekazać je paniczowi. Nie wiem w co się wplątał, ale ponoć tylko one dowodzą niewinności pańskiego ojca. W Casterliff czekają ludzie, którzy zajmą się sprawą. Potrzebują tylko tego – wskazał na zawiniątko z papierami. - A ktoś musi być dostarczycielem.
- Yyy… Ja… Dobrze… - chwyciłem za płaszcz. – Będę tam. Będę o świcie.

Schowałem listy za pazuchę i wybiegłem z mieszkania. Po omacku odnalazłem drogę do gospody. Mimo późnej pory, była zatłoczona. Po dłuższej chwili odnalazłem Bucksa.
- Cane, stary przyjacielu – czknął głośno. – Gdzie tak długo byłeś, kiedy cię nie było? – wypił duży łyk z kufla.
- Bucks, muszę z tobą pogadać – szepnąłem.
- Napij się ze mną brachu, nie daj się prosić – przypadkiem wylał na siebie piwo.
Wiedziałem, że nie da się z nim dogadać, kiedy za dużo wypije, więc walnąłem prostu z mostu:
- Bucks, gdzie masz klucz do stajni?
Mój przyjaciel wyjął go z kieszeni spodni.
- Tu jest. Moje koniki śpią teraz, ale…
- Dzięki Bucks – urwałem zabierając mu klucz, po czym wybiegłem z gospody. Na szczęście stajnia znajdowała się dość blisko. Wyprowadziłem z niej Charlesa -podobno to najszybszy z kon. Osiodłałem go i wskoczyłem na grzbiet zwierzęcia. Razem pognaliśmy w stronę Casterliff.

O świcie dojechaliśmy do miasta. Przy bramie stało trzech strażników, ale łatwo udało się ich ominąć. Casterliff w porównaniu z moją wioską wydawało się metropolią.
- Dokąd teraz? – spytałem sam siebie i nie odnalazłem odpowiedzi.
Mieli tu na mnie czekać obrońcy taty, ale nigdzie ich nie było. Ruszyłem przez miasto. Bez celu. Mijający mnie mieszkańcy podziwiali konia, a Charles dumnie kroczył naprzód. Nagle ukazała się przede mną spora grupa strażników. Zatrzymali mnie i spytali jak się nazywam. Podałem się za jakiegoś Milesa Flickernotta. Jednak ci przedstawiciele prawa nie byli na tyle głupi, by dać się nabrać. Musiałem wyglądać podejrzanie, bo postanowili mnie przeszukać. Nie znaleźli przy mnie broni i już mieli mnie puścić, gdy jeden z nich wyjął mi zawiniątko zza pazuchy.
- Hej, chłopaki! – krzyknął. – Co my tu mamy?
Jego towarzysze natychmiast się zbiegli, a mnie zamurowało. Przecież to jedyne uniewinnienie ojca. Miałem przekazać je tylko tym tajemniczym obrońcom, a nie władzom. Strażnicy najwidoczniej wiedzieli, czym są owe listy, bo już chwilę potem wieźli mnie w stronę więzienia.

Byłem zrozpaczony. Wtrącono mnie do lochów razem z kieszonkowcem i człowiekiem, który oszukiwał w zakładach. Po trzech dniach zaprowadzono mnie do samego doradcy króla. Ten wysoki i przeraźliwie chudy mężczyzna o kręconych, brązowych włosach był jednocześnie prawą ręką władcy i jego najlepszym przyjacielem. Szybko przejrzał odebrane mi przez strażników listy, po czym rzekł:
- Cóż… Wygląda  na to, że sprawa jest jasna – zamilkł, jakby rozmowa była już zakończona.
- Słucham? – nie rozumiałem o czym mówił.
- Pan Cane nie grabił majątku korony. Robił to pan White, który zostanie za to ukarany. Tak wynika z rozliczeń pieniężnych obu panów zawartych w listach, które nam dostarczyłeś. Zatem dziękuję za wyposażenie władz w niezbędne dowody.
- Jeśli te listy załatwiły sprawę, czemu musiałem siedzieć w lochach? – spytałem nieco rozgniewany.
- Ponieważ owe rozliczenia były rozmyślnie szyfrowane. Na szczęście nasz specjalista jest nieoceniony. Tak czy owak , i pan i ojciec zostaniecie odwiezieni do rodzinnej wioski jeszcze dziś. Jest mi niezmiernie głupio, że musieliście odsiedzieć te kilka dni w więzieniu. W ramach rekompensaty otrzymacie obaj po worku srebrników.
Lekko zdezorientowany wyszedłem z gmachu więziennego, by spotkać się z ojcem. Powitał mnie uściskiem i szerokim, charakterystycznym dla niego, uśmiechem.

Wieczór spędziliśmy u nas w wiosce. Siedzieliśmy w gospodzie, gdzie każdy chciał wiedzieć jak udało się nam tak szybko wrócić z więzienia. Ojciec opowiadał i opowiadał, a ja pogrążyłem się w zamyśleniu. Wreszcie nie wytrzymałem i spytałem:
- Tato, o co w tym wszystkim właściwie chodziło?
- Jak to o co? Uwolniłeś mnie, synu, z rąk strażników, za co jestem ci bardzo wdzięczny.
- Nie o to chodzi.
- Więc o co?
- O listy. Podobno miałem je przekazać w ręce ludzi, którzy chcieli cię uwolnić i bronić – nie strażnikom.
- Tak się składa synu, że doradca króla jest moim bratem. Nie chciał mnie więzić, lecz i jego obowiązuje prawo – nie miał wyboru, bo wszystkie poszlaki wskazywały na mnie. Zresztą White, którego niegdyś uważałem za przyjaciela, właśnie tak wszystko sobie zaplanował. Wrobił mnie w kradzież majątku króla, by wygryźć moją firmę z interesu. Brat nie mógł mnie uwolnić, póki nie miał dowodów. Prosiłem, byś przekazał zaufanym ludziom w mieście listy. Doradca władcy miał cię odszukać i wykorzystać rachunki, by mnie uniewinnić, lecz nie potrafił przewidzieć kiedy przyjedziesz. Nakazał zatem strażnikom szukać młodego chłopaka z dziwnymi papierami w kieszeni i tak oto otrzymał dowody – ojciec uśmiechnął się szeroko. – Zapamiętaj chłopcze, że nic nie jest takie jakim się wydaje – dodał po chwili. – Szczególnie tyczy się to ludzi. Nie każdy kto u władzy chce uwięzić cię bez powodu i nie każdy kto wydaje się przyjacielem jest nim szczerze. 

środa, 12 listopada 2014

Świat w filiżance herbaty


Miałem szesnaście lat. Pamiętam jak ojciec stwierdził, że powinienem rozejrzeć się za jakąś pracą, bym stał się bardziej samodzielny. Nie miałem pojęcia, gdzie zacząć szukać. Po głowie chodziły mi różne scenariusze, ale na żaden nie mogłem się zdecydować. Babka, widząc moje zmagania, postanowiła zabrać mnie w miejsce, w którym będę mógł rozluźnić umysł i zebrać myśli.

Wybraliśmy się do herbaciarni. Gdy tylko przestąpiłem próg, spłynęły na mnie tysiące zapachów świata. Poczułem delikatne zioła, silną woń lasek wanilii i owocowe nuty. Wnętrze było nastrojowo oświetlone grubymi świecami w różnych kolorach. Ludzie zamiast siedzieć na krzesłach, rozłożeni byli na miękkich poduszkach przy niskich, drewnianych stolikach. Na ścianach wisiały zasuszone liście i kwiaty roślin, oprawione w ramki. Babka wybiła mnie z rozmyślań, ciągnąc za sobą w stronę lady, wykonanej z drzewa sandałowego.
- Czym mogę służyć? – niski staruszek wyłonił się znienacka.
- Poproszę jaśminową, na chińskim ryżu – odpowiedziała z uśmiechem moja towarzyszka.
Mężczyzna zapisał zamówienie w notesie i kiwnął na mnie.
- A czego sobie życzy młodzieniec?
- Ja… -zająknąłem się. – Szczerze mówiąc nie znam się na herbatach.
Starzec kiwnął głową ze zrozumieniem, po czym, uśmiechając się promiennie, spytał:
- Jeśli będziesz chciał synu, możesz pójść ze mną do kuchni, zobaczyć jak parzymy liście i wybrać to, co będzie ci odpowiadać.
Zdziwiony spojrzałem na babkę, która dała mi znak ręką, żebym poszedł z herbaciarzem.

Weszliśmy do kuchni. Było to malutkie pomieszczenie, wypełnione po brzegi szafkami, w których znajdowały się składniki naparów. Rozejrzałem się uważnie, a starzec chyba to zauważył, bo spytał:
- Coś ci tu nie pasuje, młodzieńcze?
- Tylko… Zastanawiałem się gdzie są jakieś książki z przepisami czy coś podobnego. Poza tym…  Nikogo tu nie widzę. Czy to znaczy, że pracuje pan sam?
- Ohh… - westchnął mężczyzna. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć, ale pierwsze co należy zrozumieć to, że parzenie herbaty nie jest wykonywaniem instrukcji, tylko czymś dużo ważniejszym – to rytuał. A odpowiadając na drugie pytanie – nie, nie mam żadnych pomocników.
Staruszek otworzył jedną z (wydawałoby się miliona) szafek i wyjął z niej trzy filiżanki.
- Może, skoro już tutaj jesteś, pomógłbyś mi troszkę, synu?
- Nie ma sprawy, ale ja nie znam się na herbacie.
- Nic nie szkodzi. Ja znajdę odpowiednie zioła, a ty nastaw wodę, dobrze?
Zrobiłem, co polecił mi herbaciarz. On w tym czasie wyjmował kolejno składniki: jaśmin, melisę, laski wanilii, skórkę pomarańczy, ryż, goździki, suszone wiśnie, płatki hibiskusa i liście mięty. Patrzyłem jak w każdej filiżance tworzy inną kompozycję, a robił to pewnie i z uczuciem. Spytałem go, czy zawsze dodaje tyle samo określonych rzeczy. Zaśmiał się w odpowiedzi i rzekł, że smak jest dziełem przypadku i że nikt nie jest w stanie nad nim zapanować.
- To dlatego kocham tę pracę – dodał po chwili milczenia.

Usłyszeliśmy gwizd czajnika. Spojrzałem na starca i spytałem:
- Mogę?
- Oczywiście –odparł bez zastanowienia.
Zdjąłem naczynie z ognia i zacząłem rozlewać wodę do filiżanek. Liście i kawałki owoców unosiły się, mieszały, a kuchnie wypełniła wspaniała plątanina zapachów. Spojrzałem do naczyń. Każda z cieczy miała inny kolor i zupełnie odmienny zapach, ale wszystkie pachniały ładnie, bardzo ładnie. Muszę przyznać, że w tych naparach było coś… magicznego. Gdy tak stałem, patrząc jak para unosi się rozsiewając wokoło niezwykłą woń, poczułem, że mógłbym nie zajmować się już niczym innym. Powiedziałem to starcowi, a on rzekł:
- Twoja babka wspominała, że szukasz posady. Może widzisz swe miejsce u mego boku?
- Oh… Jak najbardziej – byłem zaskoczony, ale i wielce ucieszony z jego propozycji. – Może nie znam się jeszcze do końca na tych wszystkich składnikach, ale na pewno wszystkiego się nauczę. Mężczyzna przymknął powieki. Wpatrywałem się w niego z miną zaciekawionego obserwatora, póki ich z powrotem nie otworzył. Wtedy spojrzał na mnie i zaczął mówić ciepłym, męskim głosem:
- Widzisz młodzieńcze… Nie martwię się o Twoją wiedzę. W sztuce, jaką jest parzenie herbaty, najważniejsze jest zrozumienie tego, co się robi i wykonywanie swojej pracy najstaranniej jak to tylko możliwe. Wiesz… Zajmuję się naparami już od długiego czasu, a dopiero przed paroma laty zrozumiałem dlaczego.
- Powie mi pan?
- Pokażę – odrzekł, wyciągając na blat nowe składniki i zdejmując z ognia czajnik, który znalazł się tam niewiadomo kiedy.
Sproszkował część liści, starł imbir i pokroił owoce, po czym wszystko umieścił w filiżance. Zalewając mieszankę wrzątkiem zwrócił się do mnie:
- My, ludzie, jak te liście staramy się by świat nami przesiąknął, ale i byśmy my przesiąkli światem. Chcemy, by nasze życie miało jakiś smak – słodki czy gorzki? – Nieważne. Jakiś.
Wyjął łyżeczkę z małej szufladki i mieszając mówił dalej:
- Dajemy się ponosić, dajemy innym mieszać w naszym istnieniu, bo w głębi duszy wiemy, że tylko to „mieszanie” może nadać wyraz monotonnej egzystencji – zawartość naczynia wirowała niespokojnie. - Decyzje, które podejmujemy, choć pozornie nieistotne, mówią o tym, jak smakować będzie nasze życie, a przecież ważne by napar nam smakował – tu przestał mieszać i z uśmiechem wskazał na filiżankę, bym zbliżył się i poczuł zapach jej zawartości. Zrobiłem to, a staruszek szepnął mi na ucho:
- Bo widzisz młodzieńcze… Każdy z nas ma swój własny świat zamknięty w filiżance herbaty.

niedziela, 19 października 2014

Sekret życia to być wiecznym poetą


Znalazłem dziennik. Był to zwykły wolumin, starannie oprawiony w czarną skórę. Otworzyłem go na pierwszej stronie i zacząłem czytać:

Chcę do Ciebie, nic więcej,
chcę usiąść i słuchać, być blisko.
Chcę do Ciebie, nic więcej,
to dużo i mało i wszystko.

Tylko tyle. Cztery linijki pisane kursywą. Bez podpisu, bez żadnej wiadomości do kogo ów dziennik mógł należeć. Przewróciłem kartkę. Strona była pusta, jak i wiele następnych. Zdziwiony począłem wertować pamiętnik, póki nie trafiłem na kolejny tekst:
I kochasz mnie, kochasz mocno tak, jak ja Ciebie, i nic tego nie zmieni, nic naszej miłości nie zniszczy.

Dalej były tylko ślady powyrywanych stron, potem jedna pomalowana na czarno, a na niej data: 19.05.1969. Następny tekst, który znalazłem, głosił:

Nie widziałam Cię już od miesiąca. I nic. Jestem może bledsza, trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca. Lecz widać można żyć bez powietrza.

Wiele w tym dzienniku było wierszy, pisanych jakby przez dziewczynę do ukochanego, ale jeden wprawił mnie w osłupienie:

Mija setny dzień, a ja tonę we własnej nicości.  Kolejny miesiąc, a ja myśleć o Tobie nie przestaję. Wciąż łudzę się, że zapomnienie nie potrwa długo, że prawdziwej miłości nie da się zapomnieć. Zupełnie inaczej jest, jeżeli masz kogoś, kto Cię kocha. To daję Ci setkę powodów, aby żyć. Ja ich nie mam. Ja Cię nie mam, bo Ty o mnie już nie pamiętasz.
Lecz pamiętać muszę, by zamiast historykiem, wiecznym poetą uczynić mą duszę:
„Człowiek jest: dla przeszłości – historykiem, dla przyszłości - poetą,
dla teraźniejszości – komediantem”

I olśniło mnie. Zerwałem się na równe nogi. Popędziłem na dół, dudniąc po drewnianych schodach. Krzyknąłem do lokaja „Zawieź mnie do niej”, a on tylko spojrzał na mnie, uśmiechnął się i zabrał kluczyki do samochodu. W aucie przypomniało mi się jeszcze więcej – nasze wspólne wyjazdy nad jezioro, jej uśmiech, gdy zerwałem dla niej kilka polnych kwiatów, pocieszanie jej, gdy umarła jej matka, to jak otulałem ją ramieniem i ścierałem łzy z policzków, tęsknotę, gdy wyjechała na tydzień do Francji i te najpiękniejsze wieczory, które spędzaliśmy wtuleni w siebie na polnej łące, przysłuchując się szumowi drzew, delikatnie kołysanych przez wiatr. Wszystkie te wspomnienia spadły na mnie tak gwałtownie…

Dojechaliśmy do pięknego, drewnianego domu, jej domu. Zastukałem do drzwi. Po chwili otworzyły się, a tam… Tam stała ona – piękna jak zawsze, w błękitnej sukni, z włosami spiętymi w niedbały warkocz. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, objąłem ją i szepnąłem do ucha „Pamiętam”. Jej zielone oczy wypełniły łzy. Czekała na mnie. Czekała od 45 lat.

Wytłumaczyła mi potem wszystko. Byliśmy młodzi. Mieliśmy po 19 lat. Poznaliśmy się wiosną 1969 roku i od razu zakochaliśmy się w sobie. Spędzaliśmy razem każdą chwilę, byliśmy wręcz nierozłączni. Ale nagle objawiła się u mnie choroba. Lekarze stwierdzili amnezję dysocjacyjną całościową. Uznali, że prawdopodobieństwo tego, że sobie coś przypomnę jest niewielkie, wynosi tylko 5 %. Ale ona się nie poddała, była silna, nie utraciła nadziei. Żyła przyszłością, była pewna, że kiedyś wszystko sobie przypomnę… i nie myliła się.

Niedawno wzięliśmy ślub, po 45 latach. Byłem najszczęśliwszy na świecie, że mogę być przy niej, a ona patrząc na mnie z niedowierzaniem, uśmiechała się tym swoim pięknym, szerokim uśmiechem i powiem Wam, że była dla mnie tą jedyną i najpiękniejszą. Zamiast zmarszczek, widziałem dołeczki w jej policzkach, oczy nie były zmrużone, lecz otwarte i wiecznie we mnie wpatrzone, a głos jej, choć załamywał się lekko, mówił do mnie wierszami, jak dawniej, bo przecież… była moją poetką.



Inspirowane słowami Poliviosa Dimitrakopulosa
„Człowiek jest: dla przeszłości – historykiem, dla przyszłości - poetą,
dla teraźniejszości – komediantem”