Usłyszałem nerwowe pukanie do drzwi. Wstałem, ubrałem koszulę i spodnie. Za oknem panowała ciemność. Przekręciłem klucz i otworzyłem drzwi.
- Szybko, nie mamy wiele czasu – usłyszałem.
- Kim pan jest?
Nieznajomy nie odpowiedział, tylko wszedł do środka i dał mi znak, żebym zamknął drzwi. Tak też zrobiłem.
- Potrzebujemy światła – rzekł mężczyzna, wyglądając przez okno i szybkim ruchem zaciągając firanki. Wyglądał na zdenerwowanego. Zapaliłem świecę i spojrzałem na niego. Był ubrany w garnitur i czarny płaszcz z niedopiętymi guzikami. Nosił melonik i okulary. Spojrzał na mnie zielonymi oczami i spytał:
- Panicz Cane, prawda?
- Tak, skąd pan… Właściwie co pan tu robi? – odpowiedziałem zmieszany.
- Miałem je panu przekazać. Chwila – zaczął przeszukiwanie kieszeni. -Och, tutaj są – drżącymi rękami podał mi zawiniątko.
Rozwinąłem materiał. W środku były zapieczętowane listy.
- Co mam z nimi zrobić? – spojrzałem zdziwiony na zielonookiego.
- Właśnie. Jestem tu, ponieważ mam dług u Twego ojca, paniczu. Powierzył mi te listy jakiś czas temu na wypadek gdyby to się stało…
- Na wypadek gdyby co? – przerwałem mu.
- Cóż… Pański ojciec… On… - mężczyzna zaczął się jąkać. – Pan Cane trafił do więzienia. Strażnicy przyszli po niego w nocy. Teraz jest już pewnie w drodze do Casterliff.
- Ale co to ma wspólnego z tymi listami? – spytałem drapiąc się po głowie.
- Pan Cane prosił by przekazać je paniczowi. Nie wiem w co się wplątał, ale ponoć tylko one dowodzą niewinności pańskiego ojca. W Casterliff czekają ludzie, którzy zajmą się sprawą. Potrzebują tylko tego – wskazał na zawiniątko z papierami. - A ktoś musi być dostarczycielem.
- Yyy… Ja… Dobrze… - chwyciłem za płaszcz. – Będę tam. Będę o świcie.
- Szybko, nie mamy wiele czasu – usłyszałem.
- Kim pan jest?
Nieznajomy nie odpowiedział, tylko wszedł do środka i dał mi znak, żebym zamknął drzwi. Tak też zrobiłem.
- Potrzebujemy światła – rzekł mężczyzna, wyglądając przez okno i szybkim ruchem zaciągając firanki. Wyglądał na zdenerwowanego. Zapaliłem świecę i spojrzałem na niego. Był ubrany w garnitur i czarny płaszcz z niedopiętymi guzikami. Nosił melonik i okulary. Spojrzał na mnie zielonymi oczami i spytał:
- Panicz Cane, prawda?
- Tak, skąd pan… Właściwie co pan tu robi? – odpowiedziałem zmieszany.
- Miałem je panu przekazać. Chwila – zaczął przeszukiwanie kieszeni. -Och, tutaj są – drżącymi rękami podał mi zawiniątko.
Rozwinąłem materiał. W środku były zapieczętowane listy.
- Co mam z nimi zrobić? – spojrzałem zdziwiony na zielonookiego.
- Właśnie. Jestem tu, ponieważ mam dług u Twego ojca, paniczu. Powierzył mi te listy jakiś czas temu na wypadek gdyby to się stało…
- Na wypadek gdyby co? – przerwałem mu.
- Cóż… Pański ojciec… On… - mężczyzna zaczął się jąkać. – Pan Cane trafił do więzienia. Strażnicy przyszli po niego w nocy. Teraz jest już pewnie w drodze do Casterliff.
- Ale co to ma wspólnego z tymi listami? – spytałem drapiąc się po głowie.
- Pan Cane prosił by przekazać je paniczowi. Nie wiem w co się wplątał, ale ponoć tylko one dowodzą niewinności pańskiego ojca. W Casterliff czekają ludzie, którzy zajmą się sprawą. Potrzebują tylko tego – wskazał na zawiniątko z papierami. - A ktoś musi być dostarczycielem.
- Yyy… Ja… Dobrze… - chwyciłem za płaszcz. – Będę tam. Będę o świcie.
Schowałem listy za pazuchę i wybiegłem z mieszkania. Po omacku odnalazłem drogę do gospody. Mimo późnej pory, była zatłoczona. Po dłuższej chwili odnalazłem Bucksa.
- Cane, stary przyjacielu – czknął głośno. – Gdzie tak długo byłeś, kiedy cię nie było? – wypił duży łyk z kufla.
- Bucks, muszę z tobą pogadać – szepnąłem.
- Napij się ze mną brachu, nie daj się prosić – przypadkiem wylał na siebie piwo.
Wiedziałem, że nie da się z nim dogadać, kiedy za dużo wypije, więc walnąłem prostu z mostu:
- Bucks, gdzie masz klucz do stajni?
Mój przyjaciel wyjął go z kieszeni spodni.
- Tu jest. Moje koniki śpią teraz, ale…
- Dzięki Bucks – urwałem zabierając mu klucz, po czym wybiegłem z gospody. Na szczęście stajnia znajdowała się dość blisko. Wyprowadziłem z niej Charlesa -podobno to najszybszy z kon. Osiodłałem go i wskoczyłem na grzbiet zwierzęcia. Razem pognaliśmy w stronę Casterliff.
- Cane, stary przyjacielu – czknął głośno. – Gdzie tak długo byłeś, kiedy cię nie było? – wypił duży łyk z kufla.
- Bucks, muszę z tobą pogadać – szepnąłem.
- Napij się ze mną brachu, nie daj się prosić – przypadkiem wylał na siebie piwo.
Wiedziałem, że nie da się z nim dogadać, kiedy za dużo wypije, więc walnąłem prostu z mostu:
- Bucks, gdzie masz klucz do stajni?
Mój przyjaciel wyjął go z kieszeni spodni.
- Tu jest. Moje koniki śpią teraz, ale…
- Dzięki Bucks – urwałem zabierając mu klucz, po czym wybiegłem z gospody. Na szczęście stajnia znajdowała się dość blisko. Wyprowadziłem z niej Charlesa -podobno to najszybszy z kon. Osiodłałem go i wskoczyłem na grzbiet zwierzęcia. Razem pognaliśmy w stronę Casterliff.
O świcie dojechaliśmy do miasta. Przy bramie stało trzech strażników, ale łatwo udało się ich ominąć. Casterliff w porównaniu z moją wioską wydawało się metropolią.
- Dokąd teraz? – spytałem sam siebie i nie odnalazłem odpowiedzi.
Mieli tu na mnie czekać obrońcy taty, ale nigdzie ich nie było. Ruszyłem przez miasto. Bez celu. Mijający mnie mieszkańcy podziwiali konia, a Charles dumnie kroczył naprzód. Nagle ukazała się przede mną spora grupa strażników. Zatrzymali mnie i spytali jak się nazywam. Podałem się za jakiegoś Milesa Flickernotta. Jednak ci przedstawiciele prawa nie byli na tyle głupi, by dać się nabrać. Musiałem wyglądać podejrzanie, bo postanowili mnie przeszukać. Nie znaleźli przy mnie broni i już mieli mnie puścić, gdy jeden z nich wyjął mi zawiniątko zza pazuchy.
- Hej, chłopaki! – krzyknął. – Co my tu mamy?
Jego towarzysze natychmiast się zbiegli, a mnie zamurowało. Przecież to jedyne uniewinnienie ojca. Miałem przekazać je tylko tym tajemniczym obrońcom, a nie władzom. Strażnicy najwidoczniej wiedzieli, czym są owe listy, bo już chwilę potem wieźli mnie w stronę więzienia.
Byłem zrozpaczony. Wtrącono mnie do lochów razem z kieszonkowcem i człowiekiem, który oszukiwał w zakładach. Po trzech dniach zaprowadzono mnie do samego doradcy króla. Ten wysoki i przeraźliwie chudy mężczyzna o kręconych, brązowych włosach był jednocześnie prawą ręką władcy i jego najlepszym przyjacielem. Szybko przejrzał odebrane mi przez strażników listy, po czym rzekł:
- Cóż… Wygląda na to, że sprawa jest jasna – zamilkł, jakby rozmowa była już zakończona.
- Słucham? – nie rozumiałem o czym mówił.
- Pan Cane nie grabił majątku korony. Robił to pan White, który zostanie za to ukarany. Tak wynika z rozliczeń pieniężnych obu panów zawartych w listach, które nam dostarczyłeś. Zatem dziękuję za wyposażenie władz w niezbędne dowody.
- Jeśli te listy załatwiły sprawę, czemu musiałem siedzieć w lochach? – spytałem nieco rozgniewany.
- Ponieważ owe rozliczenia były rozmyślnie szyfrowane. Na szczęście nasz specjalista jest nieoceniony. Tak czy owak , i pan i ojciec zostaniecie odwiezieni do rodzinnej wioski jeszcze dziś. Jest mi niezmiernie głupio, że musieliście odsiedzieć te kilka dni w więzieniu. W ramach rekompensaty otrzymacie obaj po worku srebrników.
Lekko zdezorientowany wyszedłem z gmachu więziennego, by spotkać się z ojcem. Powitał mnie uściskiem i szerokim, charakterystycznym dla niego, uśmiechem.
- Cóż… Wygląda na to, że sprawa jest jasna – zamilkł, jakby rozmowa była już zakończona.
- Słucham? – nie rozumiałem o czym mówił.
- Pan Cane nie grabił majątku korony. Robił to pan White, który zostanie za to ukarany. Tak wynika z rozliczeń pieniężnych obu panów zawartych w listach, które nam dostarczyłeś. Zatem dziękuję za wyposażenie władz w niezbędne dowody.
- Jeśli te listy załatwiły sprawę, czemu musiałem siedzieć w lochach? – spytałem nieco rozgniewany.
- Ponieważ owe rozliczenia były rozmyślnie szyfrowane. Na szczęście nasz specjalista jest nieoceniony. Tak czy owak , i pan i ojciec zostaniecie odwiezieni do rodzinnej wioski jeszcze dziś. Jest mi niezmiernie głupio, że musieliście odsiedzieć te kilka dni w więzieniu. W ramach rekompensaty otrzymacie obaj po worku srebrników.
Lekko zdezorientowany wyszedłem z gmachu więziennego, by spotkać się z ojcem. Powitał mnie uściskiem i szerokim, charakterystycznym dla niego, uśmiechem.
Wieczór spędziliśmy u nas w wiosce. Siedzieliśmy w gospodzie, gdzie każdy chciał wiedzieć jak udało się nam tak szybko wrócić z więzienia. Ojciec opowiadał i opowiadał, a ja pogrążyłem się w zamyśleniu. Wreszcie nie wytrzymałem i spytałem:
- Tato, o co w tym wszystkim właściwie chodziło?
- Jak to o co? Uwolniłeś mnie, synu, z rąk strażników, za co jestem ci bardzo wdzięczny.
- Nie o to chodzi.
- Więc o co?
- O listy. Podobno miałem je przekazać w ręce ludzi, którzy chcieli cię uwolnić i bronić – nie strażnikom.
- Tak się składa synu, że doradca króla jest moim bratem. Nie chciał mnie więzić, lecz i jego obowiązuje prawo – nie miał wyboru, bo wszystkie poszlaki wskazywały na mnie. Zresztą White, którego niegdyś uważałem za przyjaciela, właśnie tak wszystko sobie zaplanował. Wrobił mnie w kradzież majątku króla, by wygryźć moją firmę z interesu. Brat nie mógł mnie uwolnić, póki nie miał dowodów. Prosiłem, byś przekazał zaufanym ludziom w mieście listy. Doradca władcy miał cię odszukać i wykorzystać rachunki, by mnie uniewinnić, lecz nie potrafił przewidzieć kiedy przyjedziesz. Nakazał zatem strażnikom szukać młodego chłopaka z dziwnymi papierami w kieszeni i tak oto otrzymał dowody – ojciec uśmiechnął się szeroko. – Zapamiętaj chłopcze, że nic nie jest takie jakim się wydaje – dodał po chwili. – Szczególnie tyczy się to ludzi. Nie każdy kto u władzy chce uwięzić cię bez powodu i nie każdy kto wydaje się przyjacielem jest nim szczerze.
- Tato, o co w tym wszystkim właściwie chodziło?
- Jak to o co? Uwolniłeś mnie, synu, z rąk strażników, za co jestem ci bardzo wdzięczny.
- Nie o to chodzi.
- Więc o co?
- O listy. Podobno miałem je przekazać w ręce ludzi, którzy chcieli cię uwolnić i bronić – nie strażnikom.
- Tak się składa synu, że doradca króla jest moim bratem. Nie chciał mnie więzić, lecz i jego obowiązuje prawo – nie miał wyboru, bo wszystkie poszlaki wskazywały na mnie. Zresztą White, którego niegdyś uważałem za przyjaciela, właśnie tak wszystko sobie zaplanował. Wrobił mnie w kradzież majątku króla, by wygryźć moją firmę z interesu. Brat nie mógł mnie uwolnić, póki nie miał dowodów. Prosiłem, byś przekazał zaufanym ludziom w mieście listy. Doradca władcy miał cię odszukać i wykorzystać rachunki, by mnie uniewinnić, lecz nie potrafił przewidzieć kiedy przyjedziesz. Nakazał zatem strażnikom szukać młodego chłopaka z dziwnymi papierami w kieszeni i tak oto otrzymał dowody – ojciec uśmiechnął się szeroko. – Zapamiętaj chłopcze, że nic nie jest takie jakim się wydaje – dodał po chwili. – Szczególnie tyczy się to ludzi. Nie każdy kto u władzy chce uwięzić cię bez powodu i nie każdy kto wydaje się przyjacielem jest nim szczerze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz