Miałem szesnaście lat. Pamiętam
jak ojciec stwierdził, że powinienem rozejrzeć się za jakąś pracą, bym stał się
bardziej samodzielny. Nie miałem pojęcia, gdzie zacząć szukać. Po głowie
chodziły mi różne scenariusze, ale na żaden nie mogłem się zdecydować. Babka,
widząc moje zmagania, postanowiła zabrać mnie w miejsce, w którym będę mógł
rozluźnić umysł i zebrać myśli.
Wybraliśmy się do herbaciarni.
Gdy tylko przestąpiłem próg, spłynęły na mnie tysiące zapachów świata. Poczułem
delikatne zioła, silną woń lasek wanilii i owocowe nuty. Wnętrze było
nastrojowo oświetlone grubymi świecami w różnych kolorach. Ludzie zamiast
siedzieć na krzesłach, rozłożeni byli na miękkich poduszkach przy niskich,
drewnianych stolikach. Na ścianach wisiały zasuszone liście i kwiaty roślin,
oprawione w ramki. Babka wybiła mnie z rozmyślań, ciągnąc za sobą w stronę
lady, wykonanej z drzewa sandałowego.
- Czym mogę służyć? – niski staruszek wyłonił się znienacka.
- Poproszę jaśminową, na chińskim ryżu – odpowiedziała z uśmiechem moja towarzyszka.
Mężczyzna zapisał zamówienie w notesie i kiwnął na mnie.
- A czego sobie życzy młodzieniec?
- Ja… -zająknąłem się. – Szczerze mówiąc nie znam się na herbatach.
Starzec kiwnął głową ze zrozumieniem, po czym, uśmiechając się promiennie, spytał:
- Jeśli będziesz chciał synu, możesz pójść ze mną do kuchni, zobaczyć jak parzymy liście i wybrać to, co będzie ci odpowiadać.
Zdziwiony spojrzałem na babkę, która dała mi znak ręką, żebym poszedł z herbaciarzem.
- Czym mogę służyć? – niski staruszek wyłonił się znienacka.
- Poproszę jaśminową, na chińskim ryżu – odpowiedziała z uśmiechem moja towarzyszka.
Mężczyzna zapisał zamówienie w notesie i kiwnął na mnie.
- A czego sobie życzy młodzieniec?
- Ja… -zająknąłem się. – Szczerze mówiąc nie znam się na herbatach.
Starzec kiwnął głową ze zrozumieniem, po czym, uśmiechając się promiennie, spytał:
- Jeśli będziesz chciał synu, możesz pójść ze mną do kuchni, zobaczyć jak parzymy liście i wybrać to, co będzie ci odpowiadać.
Zdziwiony spojrzałem na babkę, która dała mi znak ręką, żebym poszedł z herbaciarzem.
Weszliśmy do kuchni. Było to
malutkie pomieszczenie, wypełnione po brzegi szafkami, w których znajdowały się
składniki naparów. Rozejrzałem się uważnie, a starzec chyba to zauważył, bo
spytał:
- Coś ci tu nie pasuje, młodzieńcze?
- Tylko… Zastanawiałem się gdzie są jakieś książki z przepisami czy coś podobnego. Poza tym… Nikogo tu nie widzę. Czy to znaczy, że pracuje pan sam?
- Ohh… - westchnął mężczyzna. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć, ale pierwsze co należy zrozumieć to, że parzenie herbaty nie jest wykonywaniem instrukcji, tylko czymś dużo ważniejszym – to rytuał. A odpowiadając na drugie pytanie – nie, nie mam żadnych pomocników.
Staruszek otworzył jedną z (wydawałoby się miliona) szafek i wyjął z niej trzy filiżanki.
- Może, skoro już tutaj jesteś, pomógłbyś mi troszkę, synu?
- Nie ma sprawy, ale ja nie znam się na herbacie.
- Nic nie szkodzi. Ja znajdę odpowiednie zioła, a ty nastaw wodę, dobrze?
Zrobiłem, co polecił mi herbaciarz. On w tym czasie wyjmował kolejno składniki: jaśmin, melisę, laski wanilii, skórkę pomarańczy, ryż, goździki, suszone wiśnie, płatki hibiskusa i liście mięty. Patrzyłem jak w każdej filiżance tworzy inną kompozycję, a robił to pewnie i z uczuciem. Spytałem go, czy zawsze dodaje tyle samo określonych rzeczy. Zaśmiał się w odpowiedzi i rzekł, że smak jest dziełem przypadku i że nikt nie jest w stanie nad nim zapanować.
- To dlatego kocham tę pracę – dodał po chwili milczenia.
- Coś ci tu nie pasuje, młodzieńcze?
- Tylko… Zastanawiałem się gdzie są jakieś książki z przepisami czy coś podobnego. Poza tym… Nikogo tu nie widzę. Czy to znaczy, że pracuje pan sam?
- Ohh… - westchnął mężczyzna. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć, ale pierwsze co należy zrozumieć to, że parzenie herbaty nie jest wykonywaniem instrukcji, tylko czymś dużo ważniejszym – to rytuał. A odpowiadając na drugie pytanie – nie, nie mam żadnych pomocników.
Staruszek otworzył jedną z (wydawałoby się miliona) szafek i wyjął z niej trzy filiżanki.
- Może, skoro już tutaj jesteś, pomógłbyś mi troszkę, synu?
- Nie ma sprawy, ale ja nie znam się na herbacie.
- Nic nie szkodzi. Ja znajdę odpowiednie zioła, a ty nastaw wodę, dobrze?
Zrobiłem, co polecił mi herbaciarz. On w tym czasie wyjmował kolejno składniki: jaśmin, melisę, laski wanilii, skórkę pomarańczy, ryż, goździki, suszone wiśnie, płatki hibiskusa i liście mięty. Patrzyłem jak w każdej filiżance tworzy inną kompozycję, a robił to pewnie i z uczuciem. Spytałem go, czy zawsze dodaje tyle samo określonych rzeczy. Zaśmiał się w odpowiedzi i rzekł, że smak jest dziełem przypadku i że nikt nie jest w stanie nad nim zapanować.
- To dlatego kocham tę pracę – dodał po chwili milczenia.
Usłyszeliśmy gwizd czajnika.
Spojrzałem na starca i spytałem:
- Mogę?
- Oczywiście –odparł bez zastanowienia.
Zdjąłem naczynie z ognia i zacząłem rozlewać wodę do filiżanek. Liście i kawałki owoców unosiły się, mieszały, a kuchnie wypełniła wspaniała plątanina zapachów. Spojrzałem do naczyń. Każda z cieczy miała inny kolor i zupełnie odmienny zapach, ale wszystkie pachniały ładnie, bardzo ładnie. Muszę przyznać, że w tych naparach było coś… magicznego. Gdy tak stałem, patrząc jak para unosi się rozsiewając wokoło niezwykłą woń, poczułem, że mógłbym nie zajmować się już niczym innym. Powiedziałem to starcowi, a on rzekł:
- Twoja babka wspominała, że szukasz posady. Może widzisz swe miejsce u mego boku?
- Oh… Jak najbardziej – byłem zaskoczony, ale i wielce ucieszony z jego propozycji. – Może nie znam się jeszcze do końca na tych wszystkich składnikach, ale na pewno wszystkiego się nauczę. Mężczyzna przymknął powieki. Wpatrywałem się w niego z miną zaciekawionego obserwatora, póki ich z powrotem nie otworzył. Wtedy spojrzał na mnie i zaczął mówić ciepłym, męskim głosem:
- Widzisz młodzieńcze… Nie martwię się o Twoją wiedzę. W sztuce, jaką jest parzenie herbaty, najważniejsze jest zrozumienie tego, co się robi i wykonywanie swojej pracy najstaranniej jak to tylko możliwe. Wiesz… Zajmuję się naparami już od długiego czasu, a dopiero przed paroma laty zrozumiałem dlaczego.
- Powie mi pan?
- Pokażę – odrzekł, wyciągając na blat nowe składniki i zdejmując z ognia czajnik, który znalazł się tam niewiadomo kiedy.
Sproszkował część liści, starł imbir i pokroił owoce, po czym wszystko umieścił w filiżance. Zalewając mieszankę wrzątkiem zwrócił się do mnie:
- My, ludzie, jak te liście staramy się by świat nami przesiąknął, ale i byśmy my przesiąkli światem. Chcemy, by nasze życie miało jakiś smak – słodki czy gorzki? – Nieważne. Jakiś.
Wyjął łyżeczkę z małej szufladki i mieszając mówił dalej:
- Dajemy się ponosić, dajemy innym mieszać w naszym istnieniu, bo w głębi duszy wiemy, że tylko to „mieszanie” może nadać wyraz monotonnej egzystencji – zawartość naczynia wirowała niespokojnie. - Decyzje, które podejmujemy, choć pozornie nieistotne, mówią o tym, jak smakować będzie nasze życie, a przecież ważne by napar nam smakował – tu przestał mieszać i z uśmiechem wskazał na filiżankę, bym zbliżył się i poczuł zapach jej zawartości. Zrobiłem to, a staruszek szepnął mi na ucho:
- Bo widzisz młodzieńcze… Każdy z nas ma swój własny świat zamknięty w filiżance herbaty.
- Mogę?
- Oczywiście –odparł bez zastanowienia.
Zdjąłem naczynie z ognia i zacząłem rozlewać wodę do filiżanek. Liście i kawałki owoców unosiły się, mieszały, a kuchnie wypełniła wspaniała plątanina zapachów. Spojrzałem do naczyń. Każda z cieczy miała inny kolor i zupełnie odmienny zapach, ale wszystkie pachniały ładnie, bardzo ładnie. Muszę przyznać, że w tych naparach było coś… magicznego. Gdy tak stałem, patrząc jak para unosi się rozsiewając wokoło niezwykłą woń, poczułem, że mógłbym nie zajmować się już niczym innym. Powiedziałem to starcowi, a on rzekł:
- Twoja babka wspominała, że szukasz posady. Może widzisz swe miejsce u mego boku?
- Oh… Jak najbardziej – byłem zaskoczony, ale i wielce ucieszony z jego propozycji. – Może nie znam się jeszcze do końca na tych wszystkich składnikach, ale na pewno wszystkiego się nauczę. Mężczyzna przymknął powieki. Wpatrywałem się w niego z miną zaciekawionego obserwatora, póki ich z powrotem nie otworzył. Wtedy spojrzał na mnie i zaczął mówić ciepłym, męskim głosem:
- Widzisz młodzieńcze… Nie martwię się o Twoją wiedzę. W sztuce, jaką jest parzenie herbaty, najważniejsze jest zrozumienie tego, co się robi i wykonywanie swojej pracy najstaranniej jak to tylko możliwe. Wiesz… Zajmuję się naparami już od długiego czasu, a dopiero przed paroma laty zrozumiałem dlaczego.
- Powie mi pan?
- Pokażę – odrzekł, wyciągając na blat nowe składniki i zdejmując z ognia czajnik, który znalazł się tam niewiadomo kiedy.
Sproszkował część liści, starł imbir i pokroił owoce, po czym wszystko umieścił w filiżance. Zalewając mieszankę wrzątkiem zwrócił się do mnie:
- My, ludzie, jak te liście staramy się by świat nami przesiąknął, ale i byśmy my przesiąkli światem. Chcemy, by nasze życie miało jakiś smak – słodki czy gorzki? – Nieważne. Jakiś.
Wyjął łyżeczkę z małej szufladki i mieszając mówił dalej:
- Dajemy się ponosić, dajemy innym mieszać w naszym istnieniu, bo w głębi duszy wiemy, że tylko to „mieszanie” może nadać wyraz monotonnej egzystencji – zawartość naczynia wirowała niespokojnie. - Decyzje, które podejmujemy, choć pozornie nieistotne, mówią o tym, jak smakować będzie nasze życie, a przecież ważne by napar nam smakował – tu przestał mieszać i z uśmiechem wskazał na filiżankę, bym zbliżył się i poczuł zapach jej zawartości. Zrobiłem to, a staruszek szepnął mi na ucho:
- Bo widzisz młodzieńcze… Każdy z nas ma swój własny świat zamknięty w filiżance herbaty.