sobota, 26 kwietnia 2014

Szukając siebie

        Światło… Ciemność… Światło… I znowu ciemność… Niczego poza nimi nie mogłam dostrzec. Światło porażało mnie swą jasnością tak, że nie było widać nic innego. Ciemność ukrywała wszystko w swym cieniu. Jakby ktoś bawił się przyciskami lamp albo świecił prosto w moje oczy latarkami, co chwilę gasząc je i zapalając. Wreszcie nastał zupełny mrok, a ja zapadłam w sen.

Pierwsze co ujrzałam po przebudzeniu to jakieś inne pomieszczenie- duży pokój dzienny z szerokimi oknami. Chwila… Inne od czego? Gdzie byłam wcześniej? Nie mogłam sobie niczego przypomnieć. Po chwili podniosłam głowę i zaczęłam bacznie rozglądać się po miejscu, w którym się znalazłam. Wokół siebie miałam kilkunastu ludzi w różnym wieku i różnej płci, jakby były to zupełnie przypadkowe osoby. A jednak wydawało mi się, że kiedyś już widziałam ich twarze… Wszyscy leżeliśmy na drewnianej podłodze. Inni powoli podnosili się, rozglądając się wokoło. Wydawali się tak samo zdezorientowani jak ja. Nagle do pomieszczenia weszło czterech lub pięciu uzbrojonych i opancerzonych ludzi, których twarze zakrywały kominiarki. Za nimi powolnym krokiem podążał zamaskowany, ubrany na fioletowo jegomość. Przyglądając się jego masce, zauważyłam, że jest to kopia tych stosowanych w starożytności, dzisiejszy symbol komedii.

- Pewnie nie wiecie, czemu się tutaj znaleźliście. Zapewne nie macie nawet pojęcia kim jesteście- zaśmiał się szyderczo.- Otóż każde z was sprzeciwiło się niewłaściwemu człowiekowi.
Wszyscy obecni w pokoju, prócz przemawiającego i jego ochroniarzy, spojrzeli po sobie ze zdziwieniem i lekką dezorientacją.
Fioletowy Pan zwrócił się do uzbrojonych mężczyzn:
- Dopilnujcie, by nikt się stąd nie wydostał. Wrócę za tydzień i wszyscy mają być żywi. Póki co muszę spróbować naprawić to, co oni- tu wskazał na wszystkich siedzących i leżących na podłodze- zniszczyli.
Zrobiwszy kilka kroków w stronę niedbale pomalowanych drzwi, znienacka odwrócił się na pięcie i dodał, pokazując mnie palcem:
- Właśnie! I uważajcie na tę małą spryciulę. Wygląda niewinnie, ale jest bardzo bystra.

Mężczyzna opuścił pomieszczenie i niedługo po tym usłyszeliśmy warkot silnika samochodu. Zostaliśmy sami- ja, pozostali więźniowie i nasi ochroniarze. Zrozumiałam, że skoro trzymają nas w domu, a nie słychać żadnych odgłosów prócz cichnącego szumu auta, musimy znajdować się gdzieś na wsi. Tylko dlaczego nie wtrącili nas do więzienia? Może po prostu nas porwano? Usiłowałam przypomnieć sobie cokolwiek, co zdarzyło się przed przybyciem tutaj, lecz nie mogłam. Nie wiedziałam nawet kim jestem, a brak tej świadomości był nie do zniesienia.

Nie chcąc zadręczać się myślami, rozejrzałam się ponownie, by jeszcze raz przyjrzeć się moim towarzyszom. Prócz mnie w pokoju znajdowało się jeszcze dwanaście osób. Mój wzrok zatrzymał się na tajemniczej dziewczynce, której oczy wydawały się nieobecne. Mogła mieć dwanaście, trzynaście lat, ale pomimo wieku, jako jedyna nie panikowała, nie okazywała strachu ani złości. Zamiast tego na jej twarzy gościł zagadkowy uśmiech. Podeszłam do niej na tyle blisko, by móc dokładniej się jej przyjrzeć.
- Dzień dobry- powiedziała obracając się w moją stronę.
- Dzień dobry- odparłam zaskoczona.
- Masz piękny głos. I cudnie pachnące perfumy.
- Nie wiem, co na to odpowiedzieć- zawahałam się. –Jesteś niewidoma?
- Tak- odpowiedziała otwarcie. –Ale wiem, gdzie jesteś po twoim głosie i zapachu.
Spróbowałam wyczuć coś w powietrzu, ale mieszanina tylu różnych pachnideł narobiła mi tylko kataru.
- Ja nic nie czuję- powiedziałam z niechęcią w głosie.
- Czasem spotykamy ludzi, którzy nic nie czują albo takich, co jeszcze o tym nie wiedzą - odrzekła dziewczynka kończąc rozmowę.
Wiedziałam, że nie może być zwyczajnym dzieckiem. Mogę nawet powiedzieć, że potrafiła dostrzegać świat lepiej niż większość ludzi o nienagannym wzroku.

Wśród więźniów było także małżeństwo, spodziewające się dziecka. Gdy tylko ich ujrzałam, wiedziałam, że to jedyna szansa dla nas wszystkich. Przez dwa dni planowałam ucieczkę. Nie mogłam znieść myśli, że nie mam pojęcia kim jestem. Raz zobaczyłam jak ochroniarze schodzą gdzieś na dół po schodach. Myślałam, że może idą do piwnicy, ale potem podsłuchałam rozmowę dwóch z nich:
- Trzeba gdzieś zanieść te stare strzelby myśliwskie, a ten nieszczęsny dom nie ma strychu.
- Wstawmy je do tunelu.
- Jakiego tunelu?
- Tego prowadzącego na drugą stronę posiadłości.
- Pokażesz mi drogę, towarzyszu?
Następnie obaj podnieśli klapę w podłodze i słychać było jedynie odgłos ich kroków.

Przekazałam mój plan ciężarnej i jej mężowi- kiedy ona uda, że rodzi się dziecko, reszta wymknie się do tunelu. Po znalezieniu broni, wrócimy po kobietę, a potem wszyscy uciekniemy. Małżonek od razu oświadczył, że zostanie przy żonie, gdy inni będą poszukiwać strzelb, bo ktoś musi pilnować, by była bezpieczna. Zgodziłam się i postarałam się, by wieść dotarła do wszystkich więźniów. O umówionej porze, wszyscy byli gotowi.

Ciężarna zagrała swą rolę bardzo realistycznie. Strażnicy uwierzyli, że naprawdę rodzi i zaczęli panikować. W końcu mieli utrzymać nas przy życiu. Wszystko poszło zgodnie z planem. Broń stała tuż przy wejściu do tunelu, więc szybko wróciliśmy po małżeństwo. Jeden mężczyzna dostał w ramię, ale udało nam się przedrzeć z powrotem do podziemnego przejścia. Przeleciałam wzrokiem po towarzyszach, by upewnić się, że nikogo nie brakuje. Brakowało. Jak mogłam nie zauważyć, że nie ma z nami niewidomej dziewczynki… Kazałam uciekać reszcie, a sama pobiegłam w drugą stronę, wracając się do domu. Gdy tylko otworzyłam klapę ujrzałam małą, zagubioną blondyneczkę, która nie wiedziała co się dzieje wokół niej. Złapałam ją za rękę i poprowadziłam po schodkach w dół. Za sobą słyszałam krzyki ochroniarzy, którzy deptali nam po piętach. Po chwili wzięłam małą na plecy i biegłam dalej ku zbliżającemu się wyjściu. Wypchnęłam ją przez klapę ku górze, a potem sama szybko wspięłam się po drobnych stopniach drabiny. Jednak strażnicy mogli przybiec za minutę lub dwie. Rozejrzałam się w pośpiechu.
- Czekaj tu- rzuciłam do małej, a ona pokiwała głową.
Zobaczyłam niedaleko wielki głaz, który z trudem przetoczyłam, zasłaniając nim wejście do podziemi.

Wreszcie odetchnęłam z ulgą. Ochroniarze nie mogli nas już dogonić. Zobaczyłam moich towarzyszy biegnących po łące, każdy z uśmiechem na ustach. Mała złapała mnie za rękę.
- Dobrze się spisałaś- powiedziała łagodnym głosem.- I spełniło się to, czego chciałaś.
Przytuliłam ją mocno i zrozumiałam co miała na myśli. Ciągle zadawałam sobie pytanie: Kim jestem? To bardzo ważne, by wiedzieć kim się jest. Teraz wreszcie to wiem. Jestem przyjaciółką. Jestem uciekinierką. Jestem wolnością. A Ty? Wiesz kim jesteś?

piątek, 18 kwietnia 2014

Skrzynia Doskonałości

W odległych, niepamiętnych czasach opowiadano legendę o Skrzyni Doskonałości ukrytej w zamku na szczycie góry. Jej zawartość mogła doprowadzić każdego do bycia ideałem. Ponieważ wszyscy marzyli o tym skarbie, miejsce jego położenia nazwano Zamkiem Marzeń. Wielu próbowało do niego dotrzeć, lecz nikomu nie udało się przezwyciężyć stromych i niebezpiecznych północnych skał.

Żył w tamtych czasach książe William, władający niewielkim państwem na południu i księżniczka Vanessa, do której należały wschodnie tereny. On był silnym, inteligentnym brunetem o kasztanowych oczach, ona- piękną i pogodną blondynką o niebieskookim spojrzeniu. Oboje byli bardzo ciekawscy, toteż postanowili wyruszyć do Zamku Marzeń, by dowiedzieć się wreszcie co skrywa tajemnicza skrzynia. Doradcy odradzali im wyprawę, ze względu na niebezpieczeństwa czyhające w drodze, lecz władcy byli nieugięci. Wytypowali dwudziestu towarzyszy, załadowali na konie i osły, zapasy jedzenia i wodę, pożegnali się z bliskimi i wreszcie rozpoczęli długą podróż do zimnych, północnych lasów.

Warunki nie były sprzyjające. Ciągły chłód, śnieg i wiatr wiejący w oczy wydawały się nie do zniesienia, ale książe i księżniczka nie ustępowali. Po długim dniu spędzonym w drodze rozbili obóz u podnóża gór. Rozpalono ognisko i bawiono się przy nim, by zapomnieć o zimnie. Zmęczony William postanowił przejść się na spacer po lesie, by odpocząć od ciągłych krzyków jego kompanów. Nagle natrafił na małą polankę. Na śniegu leżała Vanessa i przyglądała się gwiazdom.
- Co tam ciekawego wypatrzyłaś? - zagadnął ją chłopak, kładąc się obok.
- Tutaj nocne niebo ma mi więcej do powiedzenia niż gdziekolwiek indziej – odrzekła dziewczyna i z uśmiechem spojrzała na młodzieńca.
Już nic więcej nie mówili. Leżeli tak w bezruchu i ciszy przypatrując się gwiazdom na nocnym sklepieniu.

Po powrocie do obozu William i Vanessa udali się do swoich namiotów, starając się nikogo nie obudzić. Tej nocy oboje nie mogli zasnąć zastanawiając się co takiego skrywa Skrzynia Doskonałości i czy uda im się do niej dotrzeć.

Następnego dnia wyruszyli o świcie, by jak najszybciej dotrzeć do celu podróży. Wspinali się po stromym zboczu, nie zważając na niesprzyjającą pogodę przez cały dzień i dopiero pod wieczór ukazał im się zamek. Było już bardzo późno, lecz William i Vanessa nie mogli doczekać się rozwiązania zagadki Zamku Marzeń. Przy bramie, opatrzonej szyldem „Zamek Marzeń”, prowadzącej do środka budowli, znaleźli pochodnie, którymi oświetlili sobie drogę. Ogromny gmach był zupełnie pusty i choć wędrowcy przeszukali go dokładnie nie znaleźli żadnej skrzyni. Zdruzgotani usiedli na posadzce i nagle coś szczęknęło.
- Co to było Willy?- spytała dziewczyna.
- Nie mam pojęcia- odpowiedział.
Po chwili zauważyli na suficie narysowany znak nieskończoności. Zauważyli, że siedząc wraz z innymi tworzą połówkę tego symbolu. Szybko pojęli o co chodzi.
- Hej! Chodźcie tutaj. Spróbujcie usiąść tak jak ten znak na suficie. Ta posadzka jest chyba jakoś tak skonstruowana, że… - księżniczka nie dokończyła, gdy zobaczyła jak w rogu sali otwiera się zejście do podziemi.

Książe i księżniczka szybko wymienili się spojrzeniami i ruszyli biegiem po schodach w dół. Schodzili coraz niżej i niżej, aż weszli do małej, ciemnej komnaty. William uniósł wyżej pochodnie, by oświetlić pomieszczenie.
- Aaaaach! Nie wierzę- usłyszał krzyk Vanessy.
Dziewczyna pokazywała palcem na skrzynię stojącą na środku pokoju.  Była dość spora i cała wykonana z drewna z drzewa sandałowego, którego zapach rozchodził się wokoło. Księżniczka pochyliła się nad przedmiotem i skinęła na księcia, by zbliżył pochodnię.
- Gotów?- zapytała podnieconym głosem.
- Byłem na to gotów całe życie- odpowiedział z uśmiechem.

Vanessa powoli podniosła wieko Skrzyni Doskonałości. W środku znajdowała się niewielka karteczka. Dziewczyna podniosła ją i przeczytała na głos:
„Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca”.
Nastała cisza. Po chwili księżniczka spojrzała na księcia i powiedziała:
- Nie rozumiem Willy. A gdzie ta cała „doskonałość”?
- Trzymasz ją w ręce- odrzekł William z szerokim uśmiechem.- Zawartość skrzyni miała nam przedstawić wskazówki w dążeniu do doskonałości, a widocznie ciągle marzyć i marzyć jest jedyną drogą do szczęścia i doskonałego życia.

Inspirowane cytatem Josepha Conrada:
„Iść za marzeniem i znowu iść za marzeniem, i tak zawsze aż do końca”.



wtorek, 15 kwietnia 2014

Ostatni blask Cienia


Obudziły mnie głośne kroki. Ktoś się zbliżał, a odgłos stawiania stóp na kamiennych stopniach rozchodził się echem w ciemności. Po schodach schodził strażnik okuty metalową zbroją wiodąc za sobą postać, której nie mogłem dostrzec w nikłym świetle pochodni. Nieprzyzwyczajony do światła, przymknąłem lekko powieki. Wartownik zaprowadził obcego do sąsiedniej celi i przykuł kajdanami do zardzewiałej kraty, po czym rzekł oschle:
- Takie coś powinno się od razu prowadzić na stryczek, nie do więzienia.
Zawiesił pochodnię na kamiennym murze i odszedł. Zostaliśmy sami- ja i przybysz- oddzieleni kratami. Minęła wieczność zanim umilkło echo kroków strażnika. Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w ciszy, a ja z uwagą przyglądałem się nowemu. On nie patrzył na mnie, tylko siedział w bezruchu. Wyglądał na człowieka w średnim wieku, miał kilkudniowy zarost i długie, zakrywające twarz włosy. Nie widziałem jego oczu. Siedział w taki sposób, że nie mogłem też ocenić jego postury. Przez chwilę zastanawiałem się, jak długo jeszcze będziemy wsłuchiwać się w głuchą ciszę.
- Więc skąd jesteś?- spytałem, a mój głos potoczył się przez korytarz. Nie odpowiedział, więc spróbowałem jeszcze raz. -Ja nazywam się Rick Haydon, a Ty?

Obcy chyba nie miał ochoty na rozmowę, bo tylko wzruszył niedbale ramionami i oparł się o kamienny mur celi. Zrezygnowałem z dalszych prób rozmowy z nim. Siedziałem wpatrzony w sufit zastanawiając się kim on jest, dlaczego się tu znalazł i o czym może teraz myśleć. Moją zadumę przerwało ponowne stęknięcie drzwi. Obróciłem się w stronę schodów, by dojrzeć, kto tym razem do nas zmierza. Był to ten sam wartownik. Wkroczył do więzienia, spojrzał na mnie, potem na siedzącego niedbale nowego więźnia i zaśmiał się szyderczo. Wsunął do mojej celi półmisek ryżu. Skinąłem głową w geście podziękowania. Następnie strażnik rzucił talerz z posiłkiem mojemu sąsiadowi tak, że jedzenie rozsypało się po posadzce. Nowy nawet nie drgnął, na co żołnierz obróciwszy się na pięcie udał się do wyjścia. Popatrzyłem na obcego i podsunąłem mu mój półmisek. Ten spojrzał na mnie ze zdziwieniem, wziął ryż, zjadł połowę i zwrócił mi. Powiedział tylko:
- Dziękuję.
Ja szybko opróżniłem naczynie i wysunąłem za kratę, by strażnik mógł je potem zabrać. Przysunąłem się bliżej do jego celi i spojrzałem w jego inteligentne, szare oczy.
- Nie znam swego imienia- powiedział chrapliwym głosem nieznajomy. – Niektórzy zwą mnie Cieniem lub Niewidocznym, lecz widzącym. Inni wołają mnie zdrajcą.
- A co takiego zdradziłeś?- spytałem zaniepokojony.
- Całe królestwo- odpowiedział spokojnie.

Obudził mnie czyjś głos. Podniosłem się powoli i popatrzyłem na mojego towarzysza, który mówił przez sen.
-Zabiłem go, ale musiałem dotrzymać słowa. On zabił prawdziwego. Widziałem to.
Nie zrozumiałem sensu tego co mówił, ale położyłem się z powrotem. Jednak nie mogłem zasnąć. Mojego towarzysza obudził stróż, który przyniósł nam zupę dyniową. Kiedy wyszedł opowiedziałem mu, o tym co mówił we śnie.
- To prawda. Zamordowałem króla.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć, więc nie odpowiadałem i siedzieliśmy w ciszy, póki strażnik nie przyszedł zebrać pustych talerzy. Wtedy Cień poprosił o kałamarz i pióro. Przyniesiono mu je, a ten zabrał się za pisanie. Nie widziałem co pisze, a gdy spytałem, nie odpowiadał. Wartownik odwiedził nas po raz drugi z talerzami, co oznaczało, że jest wieczór, bo przynoszą nam jedzenie dwa razy dziennie. Kredą skreśliłem kolejny dzień na ścianie i zacząłem jeść swój posiłek. Cień nie podniósł się znad swoich papierów, a stróż stanął nad nim i powiedział:
- Śpiesz się z tym co tam piszesz. Jutro z samego rana zawiśniesz.
Potem spojrzał na mnie i dodał:
- A Ty będziesz miał przyjemność to oglądać Haydon. Odsiedziałeś już swoją karę.

Długowłosy nie przerwał pracy przez całą noc, a gdy rankiem przyszli po niego żołnierze zamiast pożegnać się rzekł:
- „Każdy człowiek jest jak Księżyc. Ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu.” Pamiętaj o tym.
Najpierw zabrano jego, potem wartownicy wrócili po mnie. Wyprowadzili mnie na zewnątrz. Słońce powoli wynurzało się zza horyzontu i oświetlało plac zamkowy, na którym miała odbyć się egzekucja. Przeprowadzono mnie przez niego w stronę bramy zamku i pozostawiono przy niej z listem w ręku. Zdziwiłem się bardzo. Ruszyłem w stronę wyjścia, lecz ciekawość się wzmogła. Przystanąłem, otworzyłem kopertę i wyjąłem zeń pergamin pospiesznie zapisany piórem.


„Życie jest jak książka, a każdy nowy dzień to niezapisana strona taka, jak ta, którą mam teraz przed sobą. W każdej najbardziej liczą się ostatnie strony. To wtedy rozwiązywane są wszystkie zagadki i być może przekazywane pewne wartości. Ja wiem, że moja książka dobiegła już końca, a to co czytasz jest jej ostatnią stroną. Przeczytaj uważnie, bo to rodzaj powieści, w której wszystko zmienia się w momencie kulminacyjnym. Zapewne tak jak wszyscy masz mnie za mordercę, zdrajcę, ale opowiem Ci wszystko od początku do końca. Byłem kiedyś szpiegiem i zarazem przyjacielem króla. Złożyłem mu obietnicę. Przysiągłem bronić go, nie doprowadzić do jego śmierci, a jeżeli tak się nie stanie, zamordować jego zabójcę. Nasz władca miał brata bliźniaka. Nie wiedział o tym nikt, prócz mnie i ich dwóch. Król ukrywał to, bo nie chciał, by ktoś się dowiedział, że w jego rodzinie jest wielokrotny zabójca, morderca, złodziej, przestępca. Pewnego dnia odwiedziłem monarchę, by złożyć raport z misji i ujrzałem jego brata, który wkradłszy się do komnaty, zamordował własnego brata. Niedługo po tym osiadł na tronie podszywając się pod mojego przyjaciela, a ja przypomniałem sobie o mej obietnicy i wykonałem ją. Tak znalazłem się w tej pozycji w jakiej jestem. To cała moja opowieść, a jej morałem jest to, by nie oceniać ludzi, gdy nie wie się nic o nich i ich zamiarach. Nie można wierzyć opowieściom o danym człowieku, czy własnym, ślepym domysłom. Czasem komuś kto oszukuje uda się to ukryć, a czasem ktoś, kto miał dobre intencje, dotrzymywał danego słowa zawiśnie, jak ja dzisiaj.” W tym momencie słońce zaświeciło na niebie w całej swej okazałości, a Cień spojrzał na mnie i po raz ostatni się uśmiechnął. Ze łzami przeczytałem ostatnie i najpiękniejsze zdanie listu: „Każdy człowiek jest jak Księżyc. Ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu.””

Inspirowane słowami Marka Twaina:
 „
Każdy człowiek jest jak Księżyc. Ma swoją drugą stronę, której nie pokazuje nikomu”.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

David i stracony czas

Słońce wyglądało leniwie zza horyzontu, koguty zaczynały piać i małe, portowe miasteczko Valerine budziło się do życia. Słychać było pierwszych kupców, wychodzących na ulice i zachwalających swój towar. W powietrzu rozchodził się zapach świeżo wypiekanego chleba i słonej wody morskiej. Do portu wpływały coraz to nowe wielkie kupieckie statki.

Davida obudził krzyk mew, które przysiadły na dachu jego domu. Chłopak wstał, ubrał się i spojrzał w lustro. Ujrzał wysokiego, dobrze zbudowanego blondyna o pięknych, błękitnych oczach. Młodzieniec wyjrzał przez okno, by rzucić okiem na miasto. Z jego domu roztaczał się szeroki widok na port oraz okoliczne ulice wypełnione straganami
z żywnością i licznymi magazynami. David obserwował jak do portu powoli wpływa piękny trójmasztowiec, na którego burcie zdążył odczytać imię statku.
- Nerei - przeczytał na głos. Statek zacumował i na ląd zaczęli schodzić ludzie. Chłopak dostrzegł wśród nich człowieka po sześćdziesiątce, który rozglądał się nerwowo, jak gdyby ktoś miał go obserwować. David śledził mężczyznę wzrokiem, póki nie zgubił go
w tłocznych uliczkach miasta.

                Niebieskooki spojrzał na zegarek i szybko wybiegł z kamienicy, w której mieszkał,  głośno tupiąc po drewnianych schodach. David pracował w niewielkim sklepie dwie ulice dalej. Można było tam znaleźć pamiątki, stare pergaminy oraz mapy, dzienniki wielkich kapitanów, wiekowe zegarki, pozłacane lunety i inne skarby. Zakład prowadził wiecznie uśmiechnięty pan Verpesso, który choć miał już swoje lata, nie tracił pogody ducha. David wbiegł zdyszany do sklepu, taszcząc na ramieniu wielką, brązową torbę. Nad drzwiami wisiał dzwonek, który odzywał się za każdym razem, gdy ktoś wchodził do środka. Stary Verpesso negocjował właśnie cenę ozdobnej sztalugi, która podobno należała do Leonarda Da Vinci. Kiedy usłyszał dźwięk wydobywający się znad drzwi
i zobaczył chłopca powiedział:
- Jesteś wreszcie. Myślałem, że już się nie zjawisz młodzieńcze, ale bardzo miło mi cię widzieć.
- Dzień dobry. Przepraszam, to się już więcej nie powtórzy.
- Spokojnie chłopcze. Nic się nie stało, tylko chleb zdążył ci wystygnąć.

Blondyn spojrzał na pana Verpesso, a ten wyciągnął spod lady wielki, chrupiący bochen. David zjadł go z apetytem, po czym zabrał się do czyszczenia lunet i naprawiania zegarków. Z tymi pierwszymi nie miał najmniejszych problemów. Szybko starł ledwo widoczny kurz i wypolerował szkła na błysk, a potem poustawiał przedmioty na półkach według własnego pomysłu. Teraz zabrał się za zegarki. Było ich pełno: stare zegary ścienne oznaczone rzymskimi liczbami, drewniane z kukułkami, klepsydrowe i wiele innych, a wszystkie wykonane z niezwykłą precyzją. Na niektórych tarczach dało się dostrzec cały mechanizm wewnętrzny - wszystkie kółka zębate obracające się w różne strony. Były także przepiękne zegarki  kieszonkowe. Jedne otwarte, inne zamykane klapką, do niektórych trzeba było użyć specjalnego kluczyka. Większość była sprawna, wykonana z pospolitych metali, ale jeden się wyróżniał. Pan Verpesso nie pamiętał już kiedy i jak przedmiot znalazł się w sklepie, a było długo przed tym jak David zaczął tam pracę. Zegarek wykonany był ze szczerego złota. Wyglądał na bardzo stary, ale wciąż działał i do tego nie spóźniał się ani o minutę. Zamykało się go na pięknie wykonaną klapkę z pozłacanymi elementami i wyrytym napisem „Własność złodziei czasu”. Chłopiec nie wiedział kim są owi „złodzieje czasu”, ale bardzo pragnął się dowiedzieć. Zawitał
do wszystkich znawców sztuki i jubilerów, lecz nikt nie pomógł mu rozwikłać zagadki. David uważał ten zegarek za niezwykły, odkąd tylko go pierwszy raz ujrzał. Kiedy polerował inne, ten jeden ciągle rzucał mu się w oczy. Wreszcie wziął go do rąk i głośno wypowiedział swoje myśli:
- Do kogo należysz? Jaki sekret skrywasz mały?
Jednak nikt ani nic mu nie odpowiedziało. David popatrzył w kąt i zobaczył starego pana Verpesso, który głośno chrapał rozłożony wygodnie w starym, zakurzonym fotelu. Chłopiec wstał powoli i odłożył przedmioty na półki. Potrącił przy tym ramieniem ozdobną lampę, która z hukiem uderzyła o podłogę, lecz stary się nie obudził. Miał bardzo mocny sen. David jeszcze raz wziął do ręki tajemniczy zegarek kieszonkowy i zaczął przyglądać mu się uważnie.

Nagle rozbrzmiał dźwięk dzwonka, a do sklepu wbiegł zdyszany człowiek. Wyglądał znajomo, a w dodatku wyglądem bardzo przypominał chłopca. Miał identyczne, inteligentne, psotne oczy oraz podobny wzrost i budowę ciała. Jedynie jego jasne włosy przyprószone zostały siwizną. Wyglądał na przerażonego.
- Coś się stało? W czymś pomóc? Potrzebuje pan czegoś? – spytał uprzejmie David.
- Czasu - odpowiedział nieznajomy.
Obejrzał się za siebie, jakby obawiając się, że ktoś go ściga, jednak nikogo nie zobaczył. Wtedy młodzieniec go rozpoznał.  Widział go tego dnia rano, gdy opuszczał statek
w porcie i wtedy także sprawiał wrażenie zakłopotanego. Obcy popatrzył na chłopaka,
a potem dojrzał przedmiot, który ów trzymał w ręce.
- To zegarek szarych panów! - wykrzyknął zdumiony - Skąd go masz?
- Szarego kogo? - spytał mały.
- Szarych panów, złodziei czasu, pochłaniaczy tego co stracone, co zmarnowane.
Dziwny człowiek wziął antyk do ręki i obejrzał go dokładnie. Wyglądał jakby czegoś szukał, a gdy dostrzegł inskrypcję, nie mógł uwierzyć własnym oczom.
- Kim pan tak w ogóle jest?
- Ach tak! Zapomniałem się przedstawić. Marco Insanir. Szukałem takiego cudeńka od dawna - tu wskazał na zegarek. - Szarzy panowie odebrali mi całą rodzinę, tylko syn mojej córki przeżył, lecz nikt nie wie, gdzie on się teraz znajduje i co się z nim dzieje.
A ty jak się nazywasz młodzieńcze?
- David.
- David… Nie masz żadnego nazwiska?
- Nie. A jeżeli mam to niestety o tym nie wiem. Moi rodzice zginęli dawno temu. Nie wiadomo nawet w jakich okolicznościach.
- Wiesz jak się tego używa? - obcy wskazał na zegarek. Widocznie próbował zmienić temat.
- Nie mam pojęcia. A pan wie?
- Tak mi się wydaje - Mówiąc to przestawił pokrętło z prawej strony i położenie wskazówek na wszystkich zegarach w pomieszczeniu zmieniło się o dwie godziny
w przód, a słońce za oknem zbliżyło się ku zachodowi. - Tak się przyspiesza… A tak cofa - wypowiadając te słowa pokręcił gałką z lewej strony. David z wielkim zdziwieniem obserwował jak słońce wraca na poprzednią pozycję wraz ze wskazówkami zegarów.

Chłopak po skończonej pracy wrócił do domu razem z tajemniczym Marco Insinir’em, zabierając ze sobą niezwykły przedmiot. Postanowił przenocować nieznajomego. Chciał też dowiedzieć się czegoś o zegarku, a tym samym przybliżyć się do rozwiązania zagadki.
- A więc kim są ci szarzy panowie? - Zapytał ciekawski chłopiec.
- Możesz mi wierzyć lub nie, ale są to istoty, kradnące ludziom czas. Dlatego nazywa się ich złodziejami czasu - Tu Marco wskazał na inskrypcję na zegarze. - Nękają wszystkich ludzi, choć większość z nas nie ma o tym pojęcia. Mogą przyjmować różne kształty
i rozmiary, ale zazwyczaj starają się ukryć w tłumie, więc upodabniają  się do nas- ludzi. Zwykle noszą popielate garnitury albo płaszcze. Wyróżniają ich siwe włosy, wychudłe blade twarze i nieobecne oczy. Noszą lekki zarost, a ich uszy są wydłużone. Niewiele
o nich wiemy, na przykład dlaczego kradną czas, jaki mają w tym interes, ale niestety to robią. W praktyce wygląda to tak, że kiedy śpieszysz się gdzieś i nagle niewiadomo dlaczego umyka ci dziesięć czy piętnaście minut, jest to ich sprawka.
- Interesują ich tylko minuty? - dopytywał młodzieniec.
- Nie tylko. Najczęściej kradną niewielkie odcinki czasu - minuty, rzadziej godziny. Czasami mają jednak chrapkę na coś większego. Potrafią pozbawić ludzi kilkunastu, kilkudziesięciu lat lub nawet całego życia. Tak zniszczyli prawie całą moją rodzinę - pan Insanir popatrzył przez okno na ulice miasta. - Ale ja nie zamierzam im oddać mojego czasu.
David również spojrzał przez okno i dostrzegł człowieka w średnim wieku, ubranego
w szarawy płaszcz, który szedł bardzo szybkim krokiem. Jego szpiczaste uszy rzucały się
w oczy. Wyciągnął z kieszeni pozłacany zegarek, który zalśnił w blasku słońca i natychmiast ryby ze straganu pewnej pulchnej kobiety zaczęły okropnie śmierdzieć. Były nieświeże, choć złowiła je przed paroma godzinami. A może jednak parunastoma?

David zobaczył jak jeden z szarych panów wyciąga wychudłą dłoń w jego stronę. Próbował dosięgnąć blondyna swoimi paluchami. Chłopak widział wyraźnie jego nieobecne oczy. Złodziej czasu wsunął drugą rękę za pazuchę, skąd wyciągnął zegar
i zaśmiał się złowieszczo. David stał przed lustrem i widział jak jego ciało się starzeje. Jego ręce i twarz zaczynały pokrywać zmarszczki. Jego blond włosy robiły się szare. Poczuł okropny ból w krzyżu. Z jego gardła rozległ się krzyk.
- Obudź się!- krzyknął mu do ucha Marco.
- Co się stało?
- Spokojnie. To tylko zły sen. Mnie też się takie zdarzają, a teraz nie martw się. Wstawaj i pójdziemy coś zjeść. Dobrze ci to zrobi.
Sobotni ranek był bardzo słoneczny i upalny. Musiało być już południe, bo słońce górowało nad miastem rozświetlając każdą uliczkę swymi promieniami. Kiedy David podniósł się
z łóżka, przeciągnął  i ubrał, nieznajomy postanowił zabrać chłopaka na przechadzkę po mieście i jak to powiedział „Pokazać na czym polega życie”. Wyszli na ulicę i zaczęli kierować się w stronę portu. Im bardziej się do niego zbliżali, tym wyraźniejszy stawał się zapach słonej wody i drewna z drzewa sandałowego. Kiedy tak szli przysłuchując się odgłosom miasteczka, Marco Insanir zaczął mówić powolnym i ciepłym głosem:
- Popatrz na tych ludzi. Pewnie przyglądasz im się codziennie… - tu David uśmiechnął się pod nosem, ale nieznajomy nie zwracał na to uwagi. - I co widzisz? Obserwujesz, jak spędzają swój czas. Jak z niego „korzystają” - to słowo wypowiedział jakby ironicznie. – Ale czy na pewno? Być może jestem szalony, ale wszędzie widzę szarych panów - przystanął na moment, lecz po chwili mówił dalej. - Jak ogromną ilość czasu marnotrawią ludzie… Wielu z nich nawet nie ma pojęcia czym on jest. Uważają, że to coś zwykłego, normalnego, pospolitego, ale to nieprawda. Sądzą, że czas to pieniądz i przynajmniej
w tym mają trochę racji, bo oba łączy wiele faktów. Czas można zmarnować, przetrawić na głupoty, dysponować nim z rozwagą, zostać z niego okradzionym - na twarzy obcego pojawił się lekki grymas, ale kontynuował. – To ich sprawka. To sprawka szarych panów. To oni są złodziejami czasu. Kiedy przyjrzysz się dokładnie, dostrzeżesz ich. A kiedy zobaczysz przed sobą złoty zegarek, wyciągany z kieszeni, będzie już za późno. Te przedmioty służą do odbierania czasu, a ten Twój może pomóc w rozwiązaniu tej przeklętej zagadki, na którą strawiłem pół życia.
- Ach tak… - David starał się podsumować myśli kołaczące mu w głowie. - Ale nie rozumiem jednego. Jak się przed nimi ochronić?
- Żyć pełnią życia, nie marnować czasu, robić to co się kocha. Ja niestety odkryłem to za późno. Ostatnie dwadzieścia lat życia przeżyłem w rok. Z dnia na dzień byłem starszy prawie o miesiąc. Tylu rzeczy teraz żałuję…
- A co takiego zrobiłeś w ciągu tego czasu? – spytał dociekliwy chłopak.
- Sęk w tym, czego nie zrobiłem. Ominęła mnie duża część mojego życia. Mogłem żyć normalnie i dokonać tego wszystkiego o czym zawsze marzyłem, a straciłem tak wiele… Rodzina… Przyjaciele… Zadarłem z nie tymi co trzeba…

David poprowadził towarzysza na drewniany pomost i tam siedzieli bez słowa, póki słońce nie zaczęło chylić się ku zachodowi. Wtedy Marco rzekł:
- Musimy szybko wracać. Chowają się w cieniu.
I faktycznie. David ujrzał trzy szaro - popielate cienie, ukryte w mroku. Podnieśli się gwałtownie i ruszyli żwawym krokiem do gospody. Idąc chłopiec usłyszał krzyk. W oddali ujrzał mężczyznę, który zgiął się w pół i padł na ziemię. Postać stojąca przed nim zaśmiała się szyderczo, a złoty zegar zabłysnął w ostatnich promieniach słońca. Marco krzyknął:
- Biegiem!
David pędził tak szybko, jak tylko mógł, a mężczyzna był tuż za nim. Nagle, gdy byli już bardzo blisko domu, chłopak usłyszał za sobą cichy jęk i odgłos uderzania o kamienny bruk czegoś ciężkiego. Odwrócił się na pięcie. Zobaczył, jak jego towarzysz pada na kolana,
a wokół niego kręci się dwóch szarych panów. Chłopaka zamurowało. Widział z bliska ich bladą skórę, oczy bez wyrazu skryte za rąbkiem kapelusza i popielate płaszcze okrywające ich wychudłe ciała. Błękitnooki podbiegł do jednego z nich i uderzył go pięścią w twarz. Stwór wydawał się niewzruszony.
- Najwyraźniej oni nie odczuwają bólu- powiedział w myślach chłopak. Przez chwilę się wahał, po czym zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszłą mu do głowy: Wyciągnął z kieszeni złoty zegarek, taki sam, jak te należące do kreatur, po czym podstawił go przed nieobecne oczy stworzenia i poczuł jak coś jest wysysane z szarego pana. Chłopak był bardzo zdziwiony. Odebrał łup złodziejowi, lecz nim zdążył się odwrócić, druga z postaci wysunęła swój zegar przed oczy Marco. Mężczyzna natychmiast całkiem posiwiał i zaczął się szybko starzeć. Jego skóra, którą ledwo dotknęły oznaki starości, zamieniła się
w pooraną zmarszczkami warstwę, a na plecach wyrósł wielki garb. David wytrącił przedmiot z ręki złodzieja, lecz było za późno.
- Nic ci nie będzie. Wszystko się dobrze skończy - rzekł chłopiec pochylając się nad staruszkiem leżącym na ziemi.
- Owszem. Ale nie dla mnie. Mój rozdział się zakończył, ale nie żałuję tego co zrobiłem, bo w końcu po części rozwiązałem zagadkę szarych panów, co było moim największym marzeniem - tu się uśmiechnął. – Szkoda mi tylko, bo wiem, że wiele jeszcze mogłem dokonać. Żałuję tego czego nie udało mi się zrobić, nie tego co uczyniłem- urwał, lecz po chwili mówił dalej. - Dla Ciebie jest jeszcze szansa młodzieńcze. Teraz uciekaj i nie powtarzaj moich błędów.  Nie wahaj się. Rób to, co kochasz i czego najmocniej pragniesz,  spełniaj swoje marzenia. Nie odkładaj nic „na jutro”. Jeśli masz jakiś cel, każdego wieczoru zasypiaj z poczuciem, że w pewnym stopniu jest on Ci bliższy,
a któregoś ranka obudzisz się i będziesz wiedział, że udało Ci się go osiągnąć.
David przybliżył się jeszcze do starca i jedna łza spłynęła po jego policzku. Czule spojrzał na Marco i powiedział:
- Nie zawiodę Cię dziadku.
Marco przeczuwał od dawna, że to właśnie David może być jego zaginionym wnukiem, ale teraz był tego całkowicie pewien. Uśmiechnął się tylko i pomyślał: „Było warto” po czym, jak mawiają żeglarze „Odpłynął do Hilo”.

David biegł czym prędzej w stronę swojej kamienicy. Po jego policzkach z każdą chwilą spływały nowe strugi łez. Próbował otrzeć je rękawem, ale pojawiały się na nowo. Wiedział, że jako mężczyzna nie powinien płakać, ale wczoraj poznał swego jedynego krewnego, którego śmierć ujrzał przed chwilą na własne oczy. Czuł smutek, wielki smutek z utraty tak mądrego człowieka, ale był też szczęśliwy, że tyle mógł się od niego nauczyć,  i że poznał wreszcie jak brzmi jego własne nazwisko. Wymówił je dumnie na głos:
- Insanir. David Marco Insanir.
Nie miał pojęcia co powinien teraz zrobić. Wiedział tylko jedno: Nie zawiedzie towarzysza. Weźmie los we własne ręce. Zawsze będzie robił wszystko by spełniać swoje marzenia i uda mu się. Był pewien, że dokona wszystkiego co sobie wymyśli i jakikolwiek cel obierze, osiągnie go. Nigdy się nie zawaha i nie będzie niczego żałował, bo nie znajdą się ku temu powody. Będzie szczęśliwy i tym samym spełni ostatnią wolę Marco Insanira - człowieka, któremu wszystko zawdzięcza.

Inspirowane cytatem Marka Twaina:
"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj".

O mnie i o blogu.

Cześć. Jestem Jula i mam 15 lat. Na tego bloga będę wrzucała swoje opowiadania, o różnej tematyce. Nie mają one żadnego związku ze sobą, dlatego można je czytać w dowolnej kolejności. Często są inspirowane konkretnymi słowami znanych ludzi i wtedy będę te słowa przytaczać. Nazwa bloga wywodzi się od mojej fascynacji czasem (przyszłością, przeszłością, podróżami w czasie, złodziejami czasu, itd.), co pewnie sami zauważycie czytając moje prace. Mam nadzieję, że Wam się spodobają. Zachęcam do lektury :)