poniedziałek, 14 kwietnia 2014

David i stracony czas

Słońce wyglądało leniwie zza horyzontu, koguty zaczynały piać i małe, portowe miasteczko Valerine budziło się do życia. Słychać było pierwszych kupców, wychodzących na ulice i zachwalających swój towar. W powietrzu rozchodził się zapach świeżo wypiekanego chleba i słonej wody morskiej. Do portu wpływały coraz to nowe wielkie kupieckie statki.

Davida obudził krzyk mew, które przysiadły na dachu jego domu. Chłopak wstał, ubrał się i spojrzał w lustro. Ujrzał wysokiego, dobrze zbudowanego blondyna o pięknych, błękitnych oczach. Młodzieniec wyjrzał przez okno, by rzucić okiem na miasto. Z jego domu roztaczał się szeroki widok na port oraz okoliczne ulice wypełnione straganami
z żywnością i licznymi magazynami. David obserwował jak do portu powoli wpływa piękny trójmasztowiec, na którego burcie zdążył odczytać imię statku.
- Nerei - przeczytał na głos. Statek zacumował i na ląd zaczęli schodzić ludzie. Chłopak dostrzegł wśród nich człowieka po sześćdziesiątce, który rozglądał się nerwowo, jak gdyby ktoś miał go obserwować. David śledził mężczyznę wzrokiem, póki nie zgubił go
w tłocznych uliczkach miasta.

                Niebieskooki spojrzał na zegarek i szybko wybiegł z kamienicy, w której mieszkał,  głośno tupiąc po drewnianych schodach. David pracował w niewielkim sklepie dwie ulice dalej. Można było tam znaleźć pamiątki, stare pergaminy oraz mapy, dzienniki wielkich kapitanów, wiekowe zegarki, pozłacane lunety i inne skarby. Zakład prowadził wiecznie uśmiechnięty pan Verpesso, który choć miał już swoje lata, nie tracił pogody ducha. David wbiegł zdyszany do sklepu, taszcząc na ramieniu wielką, brązową torbę. Nad drzwiami wisiał dzwonek, który odzywał się za każdym razem, gdy ktoś wchodził do środka. Stary Verpesso negocjował właśnie cenę ozdobnej sztalugi, która podobno należała do Leonarda Da Vinci. Kiedy usłyszał dźwięk wydobywający się znad drzwi
i zobaczył chłopca powiedział:
- Jesteś wreszcie. Myślałem, że już się nie zjawisz młodzieńcze, ale bardzo miło mi cię widzieć.
- Dzień dobry. Przepraszam, to się już więcej nie powtórzy.
- Spokojnie chłopcze. Nic się nie stało, tylko chleb zdążył ci wystygnąć.

Blondyn spojrzał na pana Verpesso, a ten wyciągnął spod lady wielki, chrupiący bochen. David zjadł go z apetytem, po czym zabrał się do czyszczenia lunet i naprawiania zegarków. Z tymi pierwszymi nie miał najmniejszych problemów. Szybko starł ledwo widoczny kurz i wypolerował szkła na błysk, a potem poustawiał przedmioty na półkach według własnego pomysłu. Teraz zabrał się za zegarki. Było ich pełno: stare zegary ścienne oznaczone rzymskimi liczbami, drewniane z kukułkami, klepsydrowe i wiele innych, a wszystkie wykonane z niezwykłą precyzją. Na niektórych tarczach dało się dostrzec cały mechanizm wewnętrzny - wszystkie kółka zębate obracające się w różne strony. Były także przepiękne zegarki  kieszonkowe. Jedne otwarte, inne zamykane klapką, do niektórych trzeba było użyć specjalnego kluczyka. Większość była sprawna, wykonana z pospolitych metali, ale jeden się wyróżniał. Pan Verpesso nie pamiętał już kiedy i jak przedmiot znalazł się w sklepie, a było długo przed tym jak David zaczął tam pracę. Zegarek wykonany był ze szczerego złota. Wyglądał na bardzo stary, ale wciąż działał i do tego nie spóźniał się ani o minutę. Zamykało się go na pięknie wykonaną klapkę z pozłacanymi elementami i wyrytym napisem „Własność złodziei czasu”. Chłopiec nie wiedział kim są owi „złodzieje czasu”, ale bardzo pragnął się dowiedzieć. Zawitał
do wszystkich znawców sztuki i jubilerów, lecz nikt nie pomógł mu rozwikłać zagadki. David uważał ten zegarek za niezwykły, odkąd tylko go pierwszy raz ujrzał. Kiedy polerował inne, ten jeden ciągle rzucał mu się w oczy. Wreszcie wziął go do rąk i głośno wypowiedział swoje myśli:
- Do kogo należysz? Jaki sekret skrywasz mały?
Jednak nikt ani nic mu nie odpowiedziało. David popatrzył w kąt i zobaczył starego pana Verpesso, który głośno chrapał rozłożony wygodnie w starym, zakurzonym fotelu. Chłopiec wstał powoli i odłożył przedmioty na półki. Potrącił przy tym ramieniem ozdobną lampę, która z hukiem uderzyła o podłogę, lecz stary się nie obudził. Miał bardzo mocny sen. David jeszcze raz wziął do ręki tajemniczy zegarek kieszonkowy i zaczął przyglądać mu się uważnie.

Nagle rozbrzmiał dźwięk dzwonka, a do sklepu wbiegł zdyszany człowiek. Wyglądał znajomo, a w dodatku wyglądem bardzo przypominał chłopca. Miał identyczne, inteligentne, psotne oczy oraz podobny wzrost i budowę ciała. Jedynie jego jasne włosy przyprószone zostały siwizną. Wyglądał na przerażonego.
- Coś się stało? W czymś pomóc? Potrzebuje pan czegoś? – spytał uprzejmie David.
- Czasu - odpowiedział nieznajomy.
Obejrzał się za siebie, jakby obawiając się, że ktoś go ściga, jednak nikogo nie zobaczył. Wtedy młodzieniec go rozpoznał.  Widział go tego dnia rano, gdy opuszczał statek
w porcie i wtedy także sprawiał wrażenie zakłopotanego. Obcy popatrzył na chłopaka,
a potem dojrzał przedmiot, który ów trzymał w ręce.
- To zegarek szarych panów! - wykrzyknął zdumiony - Skąd go masz?
- Szarego kogo? - spytał mały.
- Szarych panów, złodziei czasu, pochłaniaczy tego co stracone, co zmarnowane.
Dziwny człowiek wziął antyk do ręki i obejrzał go dokładnie. Wyglądał jakby czegoś szukał, a gdy dostrzegł inskrypcję, nie mógł uwierzyć własnym oczom.
- Kim pan tak w ogóle jest?
- Ach tak! Zapomniałem się przedstawić. Marco Insanir. Szukałem takiego cudeńka od dawna - tu wskazał na zegarek. - Szarzy panowie odebrali mi całą rodzinę, tylko syn mojej córki przeżył, lecz nikt nie wie, gdzie on się teraz znajduje i co się z nim dzieje.
A ty jak się nazywasz młodzieńcze?
- David.
- David… Nie masz żadnego nazwiska?
- Nie. A jeżeli mam to niestety o tym nie wiem. Moi rodzice zginęli dawno temu. Nie wiadomo nawet w jakich okolicznościach.
- Wiesz jak się tego używa? - obcy wskazał na zegarek. Widocznie próbował zmienić temat.
- Nie mam pojęcia. A pan wie?
- Tak mi się wydaje - Mówiąc to przestawił pokrętło z prawej strony i położenie wskazówek na wszystkich zegarach w pomieszczeniu zmieniło się o dwie godziny
w przód, a słońce za oknem zbliżyło się ku zachodowi. - Tak się przyspiesza… A tak cofa - wypowiadając te słowa pokręcił gałką z lewej strony. David z wielkim zdziwieniem obserwował jak słońce wraca na poprzednią pozycję wraz ze wskazówkami zegarów.

Chłopak po skończonej pracy wrócił do domu razem z tajemniczym Marco Insinir’em, zabierając ze sobą niezwykły przedmiot. Postanowił przenocować nieznajomego. Chciał też dowiedzieć się czegoś o zegarku, a tym samym przybliżyć się do rozwiązania zagadki.
- A więc kim są ci szarzy panowie? - Zapytał ciekawski chłopiec.
- Możesz mi wierzyć lub nie, ale są to istoty, kradnące ludziom czas. Dlatego nazywa się ich złodziejami czasu - Tu Marco wskazał na inskrypcję na zegarze. - Nękają wszystkich ludzi, choć większość z nas nie ma o tym pojęcia. Mogą przyjmować różne kształty
i rozmiary, ale zazwyczaj starają się ukryć w tłumie, więc upodabniają  się do nas- ludzi. Zwykle noszą popielate garnitury albo płaszcze. Wyróżniają ich siwe włosy, wychudłe blade twarze i nieobecne oczy. Noszą lekki zarost, a ich uszy są wydłużone. Niewiele
o nich wiemy, na przykład dlaczego kradną czas, jaki mają w tym interes, ale niestety to robią. W praktyce wygląda to tak, że kiedy śpieszysz się gdzieś i nagle niewiadomo dlaczego umyka ci dziesięć czy piętnaście minut, jest to ich sprawka.
- Interesują ich tylko minuty? - dopytywał młodzieniec.
- Nie tylko. Najczęściej kradną niewielkie odcinki czasu - minuty, rzadziej godziny. Czasami mają jednak chrapkę na coś większego. Potrafią pozbawić ludzi kilkunastu, kilkudziesięciu lat lub nawet całego życia. Tak zniszczyli prawie całą moją rodzinę - pan Insanir popatrzył przez okno na ulice miasta. - Ale ja nie zamierzam im oddać mojego czasu.
David również spojrzał przez okno i dostrzegł człowieka w średnim wieku, ubranego
w szarawy płaszcz, który szedł bardzo szybkim krokiem. Jego szpiczaste uszy rzucały się
w oczy. Wyciągnął z kieszeni pozłacany zegarek, który zalśnił w blasku słońca i natychmiast ryby ze straganu pewnej pulchnej kobiety zaczęły okropnie śmierdzieć. Były nieświeże, choć złowiła je przed paroma godzinami. A może jednak parunastoma?

David zobaczył jak jeden z szarych panów wyciąga wychudłą dłoń w jego stronę. Próbował dosięgnąć blondyna swoimi paluchami. Chłopak widział wyraźnie jego nieobecne oczy. Złodziej czasu wsunął drugą rękę za pazuchę, skąd wyciągnął zegar
i zaśmiał się złowieszczo. David stał przed lustrem i widział jak jego ciało się starzeje. Jego ręce i twarz zaczynały pokrywać zmarszczki. Jego blond włosy robiły się szare. Poczuł okropny ból w krzyżu. Z jego gardła rozległ się krzyk.
- Obudź się!- krzyknął mu do ucha Marco.
- Co się stało?
- Spokojnie. To tylko zły sen. Mnie też się takie zdarzają, a teraz nie martw się. Wstawaj i pójdziemy coś zjeść. Dobrze ci to zrobi.
Sobotni ranek był bardzo słoneczny i upalny. Musiało być już południe, bo słońce górowało nad miastem rozświetlając każdą uliczkę swymi promieniami. Kiedy David podniósł się
z łóżka, przeciągnął  i ubrał, nieznajomy postanowił zabrać chłopaka na przechadzkę po mieście i jak to powiedział „Pokazać na czym polega życie”. Wyszli na ulicę i zaczęli kierować się w stronę portu. Im bardziej się do niego zbliżali, tym wyraźniejszy stawał się zapach słonej wody i drewna z drzewa sandałowego. Kiedy tak szli przysłuchując się odgłosom miasteczka, Marco Insanir zaczął mówić powolnym i ciepłym głosem:
- Popatrz na tych ludzi. Pewnie przyglądasz im się codziennie… - tu David uśmiechnął się pod nosem, ale nieznajomy nie zwracał na to uwagi. - I co widzisz? Obserwujesz, jak spędzają swój czas. Jak z niego „korzystają” - to słowo wypowiedział jakby ironicznie. – Ale czy na pewno? Być może jestem szalony, ale wszędzie widzę szarych panów - przystanął na moment, lecz po chwili mówił dalej. - Jak ogromną ilość czasu marnotrawią ludzie… Wielu z nich nawet nie ma pojęcia czym on jest. Uważają, że to coś zwykłego, normalnego, pospolitego, ale to nieprawda. Sądzą, że czas to pieniądz i przynajmniej
w tym mają trochę racji, bo oba łączy wiele faktów. Czas można zmarnować, przetrawić na głupoty, dysponować nim z rozwagą, zostać z niego okradzionym - na twarzy obcego pojawił się lekki grymas, ale kontynuował. – To ich sprawka. To sprawka szarych panów. To oni są złodziejami czasu. Kiedy przyjrzysz się dokładnie, dostrzeżesz ich. A kiedy zobaczysz przed sobą złoty zegarek, wyciągany z kieszeni, będzie już za późno. Te przedmioty służą do odbierania czasu, a ten Twój może pomóc w rozwiązaniu tej przeklętej zagadki, na którą strawiłem pół życia.
- Ach tak… - David starał się podsumować myśli kołaczące mu w głowie. - Ale nie rozumiem jednego. Jak się przed nimi ochronić?
- Żyć pełnią życia, nie marnować czasu, robić to co się kocha. Ja niestety odkryłem to za późno. Ostatnie dwadzieścia lat życia przeżyłem w rok. Z dnia na dzień byłem starszy prawie o miesiąc. Tylu rzeczy teraz żałuję…
- A co takiego zrobiłeś w ciągu tego czasu? – spytał dociekliwy chłopak.
- Sęk w tym, czego nie zrobiłem. Ominęła mnie duża część mojego życia. Mogłem żyć normalnie i dokonać tego wszystkiego o czym zawsze marzyłem, a straciłem tak wiele… Rodzina… Przyjaciele… Zadarłem z nie tymi co trzeba…

David poprowadził towarzysza na drewniany pomost i tam siedzieli bez słowa, póki słońce nie zaczęło chylić się ku zachodowi. Wtedy Marco rzekł:
- Musimy szybko wracać. Chowają się w cieniu.
I faktycznie. David ujrzał trzy szaro - popielate cienie, ukryte w mroku. Podnieśli się gwałtownie i ruszyli żwawym krokiem do gospody. Idąc chłopiec usłyszał krzyk. W oddali ujrzał mężczyznę, który zgiął się w pół i padł na ziemię. Postać stojąca przed nim zaśmiała się szyderczo, a złoty zegar zabłysnął w ostatnich promieniach słońca. Marco krzyknął:
- Biegiem!
David pędził tak szybko, jak tylko mógł, a mężczyzna był tuż za nim. Nagle, gdy byli już bardzo blisko domu, chłopak usłyszał za sobą cichy jęk i odgłos uderzania o kamienny bruk czegoś ciężkiego. Odwrócił się na pięcie. Zobaczył, jak jego towarzysz pada na kolana,
a wokół niego kręci się dwóch szarych panów. Chłopaka zamurowało. Widział z bliska ich bladą skórę, oczy bez wyrazu skryte za rąbkiem kapelusza i popielate płaszcze okrywające ich wychudłe ciała. Błękitnooki podbiegł do jednego z nich i uderzył go pięścią w twarz. Stwór wydawał się niewzruszony.
- Najwyraźniej oni nie odczuwają bólu- powiedział w myślach chłopak. Przez chwilę się wahał, po czym zrobił pierwszą rzecz, jaka przyszłą mu do głowy: Wyciągnął z kieszeni złoty zegarek, taki sam, jak te należące do kreatur, po czym podstawił go przed nieobecne oczy stworzenia i poczuł jak coś jest wysysane z szarego pana. Chłopak był bardzo zdziwiony. Odebrał łup złodziejowi, lecz nim zdążył się odwrócić, druga z postaci wysunęła swój zegar przed oczy Marco. Mężczyzna natychmiast całkiem posiwiał i zaczął się szybko starzeć. Jego skóra, którą ledwo dotknęły oznaki starości, zamieniła się
w pooraną zmarszczkami warstwę, a na plecach wyrósł wielki garb. David wytrącił przedmiot z ręki złodzieja, lecz było za późno.
- Nic ci nie będzie. Wszystko się dobrze skończy - rzekł chłopiec pochylając się nad staruszkiem leżącym na ziemi.
- Owszem. Ale nie dla mnie. Mój rozdział się zakończył, ale nie żałuję tego co zrobiłem, bo w końcu po części rozwiązałem zagadkę szarych panów, co było moim największym marzeniem - tu się uśmiechnął. – Szkoda mi tylko, bo wiem, że wiele jeszcze mogłem dokonać. Żałuję tego czego nie udało mi się zrobić, nie tego co uczyniłem- urwał, lecz po chwili mówił dalej. - Dla Ciebie jest jeszcze szansa młodzieńcze. Teraz uciekaj i nie powtarzaj moich błędów.  Nie wahaj się. Rób to, co kochasz i czego najmocniej pragniesz,  spełniaj swoje marzenia. Nie odkładaj nic „na jutro”. Jeśli masz jakiś cel, każdego wieczoru zasypiaj z poczuciem, że w pewnym stopniu jest on Ci bliższy,
a któregoś ranka obudzisz się i będziesz wiedział, że udało Ci się go osiągnąć.
David przybliżył się jeszcze do starca i jedna łza spłynęła po jego policzku. Czule spojrzał na Marco i powiedział:
- Nie zawiodę Cię dziadku.
Marco przeczuwał od dawna, że to właśnie David może być jego zaginionym wnukiem, ale teraz był tego całkowicie pewien. Uśmiechnął się tylko i pomyślał: „Było warto” po czym, jak mawiają żeglarze „Odpłynął do Hilo”.

David biegł czym prędzej w stronę swojej kamienicy. Po jego policzkach z każdą chwilą spływały nowe strugi łez. Próbował otrzeć je rękawem, ale pojawiały się na nowo. Wiedział, że jako mężczyzna nie powinien płakać, ale wczoraj poznał swego jedynego krewnego, którego śmierć ujrzał przed chwilą na własne oczy. Czuł smutek, wielki smutek z utraty tak mądrego człowieka, ale był też szczęśliwy, że tyle mógł się od niego nauczyć,  i że poznał wreszcie jak brzmi jego własne nazwisko. Wymówił je dumnie na głos:
- Insanir. David Marco Insanir.
Nie miał pojęcia co powinien teraz zrobić. Wiedział tylko jedno: Nie zawiedzie towarzysza. Weźmie los we własne ręce. Zawsze będzie robił wszystko by spełniać swoje marzenia i uda mu się. Był pewien, że dokona wszystkiego co sobie wymyśli i jakikolwiek cel obierze, osiągnie go. Nigdy się nie zawaha i nie będzie niczego żałował, bo nie znajdą się ku temu powody. Będzie szczęśliwy i tym samym spełni ostatnią wolę Marco Insanira - człowieka, któremu wszystko zawdzięcza.

Inspirowane cytatem Marka Twaina:
"Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz