Znienacka podnoszę się z zimnej
podłogi. Szybkie kroki kierują mnie w stronę okna. Do pokoju wpadają jasne smugi
światła. Spuszczam żaluzje, teraz pokój jest prawie całkiem ciemny. Tylko małe
okienko w przeciwległej ścianie wpuszcza nikłe promienie słońca. W
pomieszczeniu panuje niecodzienna atmosfera. Patrzę na wszystko zupełnie inaczej.
Ściany o naznaczonym nudą żółtym kolorze mają w sobie coś przyjemnego, coś ciepłego.
Pozorny nieład na biurku jest tylko dowodem na to, że ktoś tu mieszka. Powoli podchodzę
do wielkiej tablicy korkowej, wiszącej na ścianie. Zdjęcia z ludźmi, których
nie widziałam od wieków; bilety z metra; stare walentynki – wyznania miłości,
które dziś niewiele znaczą; identyfikatory konkursowe – dowód, że kiedyś miałam
coś w głowie; pocztówka, którą przyjaciółka wysłała z Ameryki; piórko
przywiezione z wioski indiańskiej; rysunki ze szkolnych zeszytów. Odwracam
wzrok. Mam przed sobą pokój obklejony nie plakatami, jak to bywa u nastolatek,
lecz cytatami spisanymi na skrawkach papieru.
Otwieram szafkę na której
widnieje kartka z napisem „Pisanie jest formą terapii. Czasami zastanawiam się,
jak wszystkim tym, którzy nie piszą, udaje się uniknąć szaleństwa, melancholii,
panicznego strachu trwale zakorzenionych w ludzkiej kondycji”. Moje palce
ostrożnie dotykają zakurzonego woluminu, stojącego na jednej z półek. Błysk.
Przebłysk wspomnień. Rozmowa z jedyną osobą, która widziała w tych książkach
to, co ja. Odruchowo cofam rękę. Przypominam sobie, co jest w środku. Biorę głęboki
oddech, a potem pewnie sięgam po książkę i otwieram ją na pierwszej stronie. Do
oczu napływają mi łzy, gdy znajduję niewielką karteczkę. Parę lat temu mała
marzycielka zapisała na niej dedykację, która miała się znaleźć na pierwszej
stronie jej własnej książki. Parę zdań zapisanych w środku nocy dla kogoś,
kogo już nie ma. Ręce zaczynają mi się trząść. Nie potrafię powstrzymać łez,
które spadają na pożółkłe strony. Zatrzaskuję okładkę i ciskam przedmiotem w
kąt pokoju. Spoglądam na niższą półkę i wyciągam trzy ładne zeszyty. Pierwszy
ma w sobie tylko słowa. Niby przypadkowe, lecz układające się w jedną całość.
To mój niekończący się ciąg inspiracji, z których każda rodzi następną. Drugi to
prezent, od kolegi z podstawówki. Kolegi, z którym, gdy go ostatnio spotkałam,
nie potrafiliśmy zamienić dwóch zdań. Tytuł zeszytu głosi „Marzenia i zasady”.
Z sześciu pragnień, tylko jedno udało mi się zrealizować, choć gdybym wtedy
wiedziała do czego doprowadzi, chyba bym się rozmyśliła. Dalej… zasady. Jedna z
nich głosi, że trzeba „śpieszyć się powoli”. Brzmi ambitnie jak na
dziesięciolatkę. Szczególnie taką, która po paru latach będzie miała bzika na
punkcie marnowania czasu. Trzeci zeszyt, najpiękniejszy, wygląda jak stara
mapa. Na środku okładki znajduje się prawdziwy kompas, a kartki są puste. Czeka
na swoją „wielką przygodę”, na coś wartego opisania. Czy się doczeka? Czas
pokaże.
Otwieram kolejną szafkę, wyjmuję albumy ze
starymi zdjęciami, całe albumy żywych, zobrazowanych wspomnień. Nigdy nie lubiłam zdjęć. Wydawały mi się zbyt
proste. Szybko je zamykam i chowam z powrotem. Prawdziwe wspomnienia kryją się
głębiej. Podchodzę do rzuconej w kąt książki i jeszcze raz biorę ją w ręce.
Siadam, opierając się plecami o ścianę, zapalam małą lampkę nocną i zaczynam
czytać. I ja, która planuje każdą godzinę, każdą minutę swojego życia, tracę
kontrolę nad czasem. Uciekam, zamykam się przed światem dokładnie jak wtedy,
gdy miałam jedenaście lat.
Bardzo wyraźnie odczuwam
przemijanie. Z wiekiem wszystko się zmienia, zarówno świat zewnętrzny, jak i my
sami. Wspomnienia się zacierają, nasze priorytety i wartości są zupełnie inne
niż kiedyś. Dziś przyjacielem nazywamy inną osobę niż pięć czy dziesięć lat
temu. Zmiany są dobre, a przede wszystkim są potrzebne. Bez nich nie istniałby
rozwój. Ale ważne by starając się udoskonalić siebie, nie zapomnieć kim się
właściwie jest, by w całym zamieszaniu zmieniającego się świata, nie zgubić własnego
ja... I słuchając „naszej” piosenki, po latach żałuję, że jakaś część mnie
odeszła razem z osobą z dedykacji. Odeszła razem z moją pierwszą, wieczną inspiracją i
nie wiem czy kiedykolwiek powróci.
Inspirowane pierwszą, wieczną inspiracją i cytatem Grahama Greene'a:
„Pisanie jest formą terapii. Czasami zastanawiam się, jak wszystkim tym, którzy nie piszą, udaje się uniknąć szaleństwa, melancholii, panicznego strachu trwale zakorzenionych w ludzkiej kondycji”
Powinnas zaczac pisac cos wiecej niz blogi, a jesli juz piszesz cos wiecej to powodzenia.
OdpowiedzUsuńcudownie piszesz, masz talent :)
OdpowiedzUsuńBardzo ładny, przejrzysty blog!
Mogłabyś poklikać w linki do choies w moim ostatnim poście? Bardzo proszę, zależy mi na tej współpracy:)
Mój blog
Pomożesz?- jeśli tak koniecznie mi napisz komentarzu.
Cudne opowiadanie, w fajnym klimacie, dobrze stylistycznie - po prostu cudo *,*
OdpowiedzUsuńmoże obserwujemy?
Daj znać u mnie
Gabrielle ♥
Zostałaś nominowana do LBA ! Więcej tutaj -> http://littleheartboy96.blogspot.com/2015/05/10-lba-liebster-blog-awards.html
OdpowiedzUsuń