czwartek, 31 lipca 2014

Komplement czy obelga?

Kiedyś w Bretanii żyła pewna dziewczyna. Na imię miała Keira. Nie była wysoka i miała jasną karnację. Swoją bladą twarz skrywała pod burzą kruczoczarnych włosów. Jedynie błyszczące, błękitne oczy wyłaniały się zza czarnej grzywy, by z ciekawością obserwować otaczający ją świat.  Była samotniczką. Choć miała wielu znajomych i przyjaciół, z nikim nie mogła podzielić się tym, co naprawdę myślała. Nikomu nie potrafiła zaufać. Żyła razem ze schorowaną matką w małym, drewnianym domku na skraju lasu. W okolicy nikt nie mieszkał. Nie przeszkadzało jej to, wręcz była szczęśliwa, że nie musi znosić towarzystwa głośnych sąsiadów. Nie lubiła ludzi. Często samotnie spacerowała po lesie. Mówiła, że daje jej to wewnętrzny spokój.

Ale nastał dzień, kiedy ta samotność miała dobiec końca. Niedaleko domu Keiry mieli się wprowadzić inni ludzie. Dziewczyna obserwowała jak robotnicy powoli kładą fundamenty, stawiają ściany, montują drzwi i okna, a potem dekorują wnętrze. Rezultat ją oszołomił. Dom był ogromny i wspaniały. Wszystko stylizowane na stare, dokładniej na steampunk, więc przeważały metale – głównie szlachetne, stal i mosiądz. W połączeniu z drewnem wyglądały niesamowicie. Na tarasie stał mały stolik, a na nim złoty wazon ze świeżymi kwiatami. W wielu miejscach wisiały precyzyjnie wykonane zegary. Dom nie był w żaden sposób ogrodzony, co bardzo dziwiło Keirę, która mijała go codziennie w drodze do pracy. W oknie na piętrze każdego dnia widziała chłopaka, który przyglądał jej się z taką samą ciekawością, jak ona jemu.

Któregoś razu, gdy jak co dzień przechodziła koło tajemniczego domu, usłyszała cichą muzykę. Podeszła bliżej, ale w tym momencie dźwięk ustał. Popatrzyła w okno, w którym spodziewała się jak zwykle zobaczyć mężczyznę, ale nikogo tam nie było. Usłyszała trzaśnięcie, a gdy się odwróciła, stał już za nią przedziwny chłopak. Miał na sobie błękitno-czarny płaszcz i wysokie, skórzane buty. Był dość wysoki i szczupły. Miał piękne oczy o wyrazistym niebieskim kolorze i jasnobrązowe włosy. Uśmiechał się tajemniczo.
- Witam, witam –zagadnął wesoło.
- Eh, dzień dobry – Keira z pogardą zmierzyła sąsiada wzrokiem.
- Nie w humorze? Hmm?
- Nie – odparowała. – A tak w ogóle to co panu do tego?
- Och, proszę tylko nie „pan”. Mam na imię Camil, a to jest moja posiadłość – wskazał na zagadkowy dom. – Miałabyś ochotę zobaczyć wnętrze… yyy… - zawachał się. – tajemnicza dziewczyno?
- Jestem Keira.
- Keira? Oryginalne imię.
- Dziękuję.
- To może miałabyś ochotę…
- Nie. Śpieszę się do pracy – nie dała mu dokończyć.
- Rozumiem. Po prostu jestem nowy w okolicy, a mieszkam sam, więc miło by było kogoś poznać. W razie czego mieć do kogo się zwrócić. – wbił w nią swój wzrok w oczekiwaniu na odpowiedź.
- No dobrze, niech będzie o dziewiątej, tutaj – odparła, bo zdała sobie sprawę, że może zbyt niemiło potraktowała nieznajomego, który zwyczajnie nie chce zostać zupełnie sam.

Za dziesięć dziewiąta Keira dotarła pod dom Camila. Było zupełnie ciemno, więc wzięła latarkę, żeby oświetlić sobie drogę.
- Buuuuuu! – usłyszała za sobą.
- Aaaaa! – dziewczyna aż krzyknęła, kiedy ktoś lekko popchnął ją od tyłu.
- Przestraszyłem cię – usłyszała za sobą łagodny głos Camila.
- Nie, nie przestraszyłeś – roześmiała się. „Może on wcale nie jest taki zły” – przemknęło jej przez myśl.
Razem poszli przez las w stronę pobliskiego jeziora. Tam usiedli przy brzegu, na trawie wilgotnej od wieczornej rosy. Przez chwilę tylko w ciszy obserwowali spokojną taflę wody i gwiazdy migające do nich z nieba.
- Tu jest tak pięknie – wyrwało się mężczyźnie.
- To miejsce zawsze daje mi do myślenia – odparła Keira.
- A nad czym teraz myślisz?
- Wiesz… Zastanawiam się jak to jest, że ludzie muszą na co dzień udawać, że muszą przybierać maski, by być kimś kim naprawdę nie są. Nie łatwiej byłoby żyć, gdyby każdy był sobą, gdybyśmy nie ukrywali tego, co czujemy?
- Jesteś wyjątkowo wrażliwa.
- A ty nie jesteś, Camil?
- Właśnie nie i to jest straszne. Czasem mam wrażenie, że w ogóle nic nie czuję. Dla mnie wydarzenie jest tylko wydarzeniem, nie przeżywam go tak mocno jak inni. Ludzie płaczą, śmieją się, a ja? Ja tylko stoję z boku i obserwuję ten świat, jakbym sam w nim nie żył.
- Chciałabym wiedzieć jak to jest…. – rozmarzyła się.
- Nie chciałabyś, uwierz. Wydawałoby ci się ciągle, że jesteś inna, dziwna, że nie pasujesz – odparł smutno.
- Ty jesteś… Jesteś naprawdę fajny – nie wiedziała co powiedzieć, a jakoś żadne inne słowo nie przychodziło jej teraz do głowy. – I nie dziwię ci się, że nie chciałeś być sam w tym wielkim domu, też bym nie chciała. Jestem raczej samotniczką, ale z drugiej strony potwornie boję się samotności. Tylko tutaj nie czuję się samotna – zatoczyła koło dłonią, wskazując las i jezioro. –Choć niby mam wielu przyjaciół, to zwykle cały czas zmagam się z moim najgorszym lękiem – samotnością.
Spojrzał na nią. Jej błękitne oczy wpatrywały się w ciemną pustkę przed nimi. Kilka minut siedzieli bez ruchu, a jedynym co słyszeli był szum wiatru. Potem chłopak wstał i oświadczył, że musi już iść. Poszedł, lecz za chwilę zawrócił, by rzec jeszcze:
- Dziękuję za rozmowę. Już dawno nie chciało mi się płakać.
Dziewczyna patrzyła za nim zdziwiona. Zastanawiała się, czy to, co powiedział było komplementem czy raczej obelgą. Choć nie wiedziała dlaczego, te słowa zrobiły na niej ogromne wrażenie, szczególnie, że padły z ust kogoś, kto „nie ma uczuć”.

Inspirowane niezwykłą rozmową z niezwykłym człowiekiem :)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Jak patrzeć na świat?


Obudziłam się, gdy tylko usłyszałam pierwsze dźwięki piosenki „Stairway to heaven”. Kilkoma szybkimi ruchami ręki odnalazłam budzik i go wyłączyłam. Powoli się przeciągnęłam i odgarnęłam kołdrę. Usiadłam na krawędzi łóżka i w tym momencie do pokoju wszedł mój tata.
- Kochanie, jak się czujesz? Przyniosłem Ci bawełnianą bluzkę i twoje ulubione dżinsy.
- Dobrze, dziękuję – odpowiedziałam ziewając.
Tata podał mi ubrania, po czym szybko wyszedł z pokoju, lekko trzaskając drzwiami. Pewnie poszedł zająć się Kate, moją młodszą siostrą. Włączyłam cichą muzykę i włożyłam ubrania. Bluzka i spodnie pachniały lawendą. Tata uwielbiał zapachowe proszki do prania tak samo jak ja.

Po marnej próbie rozczesania włosów wyszłam z pokoju. W drodze na dół, na śniadanie, potknęłam się trzy razy. Schodząc po schodach czułam zapach jajecznicy ze szczypiorkiem i słyszałam gwizdanie czajnika. Kate krzyknęła do mnie:
- Evelin! Wreszcie zeszłaś. Zrobiłam Twoją ulubioną herbatę – to mówiąc posadziła mnie przy stole i podstawiła mi pod nos wywar pachnący pomarańczą z goździkiem.
Starałam się szybko zjeść swoją porcję, ale tata ciągle dopytywał się, czy nie boję się pierwszego dnia w nowej szkole. Rozmawiał ze mną o tym już chyba cztery razy, ale widocznie nie satysfakcjonowała go odpowiedź „Tak, nie martw się o mnie. Poradzę sobie”. Po posiłku Kate i ja wzięłyśmy swoje plecaki i wsiadłyśmy do auta, którym tata odwiózł nas do szkoły- moją siostrę do podstawówki, a mnie do liceum. Byłam już spóźniona, więc odprowadził mnie pod same drzwi klasy. Tam powiedział:
- Nie martw się skarbie. Może poznasz kogoś miłego, nie takiego jak te prostaki z poprzedniej szkoły.
- Yhym – przytaknęłam, a on stanowczo zapukał do drzwi.
Po głośnym „wejść” pociągnął za klamkę, a zawiasy okropnie zaskrzypiały. Wepchnął mnie do środka. Jakiś skrzekliwy głosik pisnął:
- A, no tak. Moi drodzy, to jest nasza nowa uczennica, Evelin Campbell, będziecie dla niej mili i będziecie się nią opiekować, zgadza się? Rozmawialiśmy o tym.
- Dobrze, pani Meets – odrzekł chór głosów.
Pani Meets zaprowadziła mnie na moje miejsce i kazała usiąść.
- Cześć, jestem Lizz – usłyszałam. – Ty naprawdę nic nie widzisz?
Znowu się zaczyna – pomyślałam, ale uprzejmie oświeciłam moją nową koleżankę, że nie, i że na tym właśnie polega bycie niewidomym.

Lekcja przebiegała spokojnie. Pani „piskliwy głosik” opowiadała o bitwach, które stoczył Alexander Wielki i o historii Macedonii. Nagle zadzwonił dzwonek. Usłyszałam szuranie krzeseł i radosne krzyki wokół siebie. Wszyscy widocznie pakowali rzeczy do plecaków i wybiegali z klasy. Ja siedziałam nieruchomo. Hałas stopniowo ustawał, aż zapadła głucha cisza. Przerwał ją łagodny, męski głos:
- Pomóc Ci się spakować?
- Tak – odpowiedziałam bez namysłu.
Ktoś wyjął mi z ręki zeszyt i długopis, a potem włożył je do mojego plecaka i podał mi go.
- Jestem Nick, miło mi Cię poznać – powiedział.
- O, dziękuję Nick, mi też jest miło. Nie sądziłam, że ktoś się mną przejmie – wypaliłam.
Chłopak złapał mnie za rękę i wyprowadził z sali. Jego zapach przypominał mi dom ,kiedy jeszcze mama żyła, to jak siadała przy kominku, brała mnie na kolana i czytała bajki. Zawsze używała różanych perfum. Z początku byłam spięta w rozmowie z chłopakiem, ale już po chwili luźno wymienialiśmy zdania o muzyce i ciekawych książkach. Opowiedziałam mu, że choć nie czytam, używam audiobooków, a on stwierdził, że to bardzo ciekawe. Pod koniec przerwy okazało się, że lubimy podobne lektury i słuchamy tych samych zespołów. Wymieniliśmy się nawet numerami telefonów. Kiedy weszliśmy do klasy, Nick spytał nauczycielkę, czy możemy usiąść koło siebie, a ona się zgodziła.

Przez cały dzień chłopak pomagał mi przemieszczać się po szkole i dotrzymywał towarzystwa. Kiedy wróciłam do domu i opowiedziałam tacie o wszystkim, bardzo się ucieszył. Kate nocowała dziś u koleżanki, więc wieczorem mogłam spokojnie oddać się rozmyśleniom o miłym chłopcu, który od razu mnie zauroczył. Przeszkodził mi dzwonek telefonu. Odebrałam i powiedziałam:
- Halo, kto mówi?
- Cześć Evelin, tu Nick.
Bardzo się ucieszyłam, że zadzwonił, ale nie chciałam dać tego po sobie poznać.
- Ach, to ty, jak tam? – nie wiedziałam co powiedzieć.
- Okej. Wiesz… Evelin… Dzwonię, bo chcę… - zaczął dukać.
- Hm? – próbowałam go zachęcić.
- Wiem, że jest już późno, ale jakbyś chciała, moglibyśmy spotkać się w parku na Equmont Square.
- Chętnie, tylko moja siostra jest poza domem, a ja nie mam jak… - nie dokończyłam.
- Nie ma sprawy, przyjdę po ciebie.
Podałam mu adres i zbiegłam na dół, żeby oznajmić tacie, że wybieram się do parku. Ten bardzo ucieszył się, że idę gdzieś z „tym miłym chłopcem ze szkoły”. Ojciec pomagał mi się szykować, kiedy usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Otworzyłam je i poczułam łagodny zapach róży. Pożegnałam tatę i wyszłam z domu.

Park był pusty. Słychać było tylko śpiew ptaków i szum wiatru, rozsiewającego kwiatową woń. Usiedliśmy na miękkiej trawie, a on złapał mnie za rękę. Nic nie mówiliśmy, jakbyśmy rozumieli się bez słów. Wreszcie postanowiłam przerwać milczenie.
- Świat jest taki piękny – westchnęłam.
- Mówisz tak, bo go nie widzisz.
- Wcale nie. Widzę dużo więcej niż większość ludzi – odparłam.
- Nie rozumiem.
- Popatrz na mnie, Nick. Widzisz mój wygląd. Ja nie wiem jak wyglądasz, nie muszę tego wiedzieć, żeby cię lubić. Widzę to, co masz w środku – tu położyłam dłoń na swoim sercu. – Nie oceniam ludzi po wyglądzie. Widzę tylko to, co chcę zobaczyć. Kocham wolność. Widzę ją w zapachu kwiatów na polnej łące, w wietrze szumiącym nad nami, w ptakach swobodnie lecących donikąd i w moim sercu, które łączy się z całym tym pięknem świata w jedną całość.
Chłopak nie odpowiedział. Poczułam silniejszy zapach róży. Nagle jego dłoń, która chwilę temu trzymała moją, musnęła mój policzek, a potem przejechała po moich włosach. Wtedy poczułam jego usta. Dotykały moich. Kate wiele razy próbowała mi wytłumaczyć, co to jest pocałunek, ale dopiero teraz to zrozumiałam. Jedną ręką dotknęłam jego twarzy i przesunęłam nią wzdłuż jego policzka, po czym oddałam pocałunek. Przytuliłam delikatnie Nick’a, tak, jak robiła to mama. On zrobił to samo, ale jedną ręką. Dotknęłam jego drugiego ramienia. Wystawał z niego kikut, Nick nie miał prawej ręki.

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak piękne jest to, że jestem pozbawiona wzroku, że nie oceniam ludzi po tym jak wyglądają. Nick powiedział, że od dziś, będzie patrzył na świat tak jak ja, oczami niewidomej, bo zrozumiał, że największe piękno skrywają nasze serca.