sobota, 16 sierpnia 2014

Miasto Zegarmistrzów

Stanąłem przed drzwiami zakładu, szyld głosił „Zegarmistrz”. Rozejrzałem się. Choć słońce schowało się już za horyzontem, w mieście dalej było jasno. Setki, tysiące ludzi gdzieś się śpieszyło mimo późnej pory, a uliczne latarnie oświetlały im drogę. Zrobiłem parę kroków, by znaleźć się bliżej drzwi i powoli chwyciłem za klamkę. Coś zaskrzypiało, a ja niepewnie przestąpiłem próg.

Ale zacznijmy od początku, od dnia jak każdy inny. Był poniedziałek, a ja śpieszyłem się do biura. Przy śniadaniu rozlałem kawę i poplamiłem nowy garnitur, więc musiałem się przebrać. Gdy to zrobiłem, chwyciłem teczkę z dokumentami i wybiegłem z domu, ale niestety – mój autobus już odjeżdżał i nie miałem szans na niego zdążyć. Postanowiłem zadzwonić po taksówkę i właśnie wtedy okazało się, że w pośpiechu zapomniałem zabrać z domu komórki. Szybko znalazłem najbliższą budkę telefoniczną. Śpiesząc się, trzęsącymi się rękami wystukałem numer, ale niestety błędny, jak się potem okazało. Nim zdążyłem się rozłączyć, w słuchawce odezwał się spokojny, męski głos:
- Nie licz, bo się przeliczysz i ci go zabraknie.
- Słucham? Kto mówi? Chciałem zamówić taksówkę.
- Zegarmistrz.
- Kto?
- Zegarmistrz Miasta Zegarmistrzów.
Zdziwiony odłożyłem słuchawkę. Byłem tak zdezorientowany, że zapomniałem po co wszedłem do budki i przez kilka minut stałem w niej gapiąc się bezmyślnie na telefon. Kiedy oprzytomniałem, wystukałem właściwy numer i niedługo później zobaczyłem jak nadjeżdża czarna taksówka, która odwiozła mnie do biura.

Nie wiem dlaczego, ale cały dzień w pracy nie mogłem się skupić. Ciągle myślałem o tym dziwnym telefonie. Po powrocie do domu, od razu zacząłem szukać w internecie informacji na temat tajemniczego Zegarmistrza Miasta Zegarmistrzów, ale na próżno. Myśl o nim nie dawała mi spokoju. Postanowiłem zadzwonić jeszcze raz na ten sam numer, ale dodzwoniłem się tylko do punktu, gdzie można zamówić taryfę. Wydało mi się to dziwne, ale nic nie mogłem zrobić. Tylko czekać.

Obudziłem się o świcie. Rano wyszedłem wcześniej z domu, więc w drodze do pracy zahaczyłem o kawiarnię. Zamówiłem ulubioną, cynamonowo-karmelową kawę i usiadłem przy stoliku. W kawiarni był kącik czytelniczy, gdzie na półkach stało mnóstwo książek. Wziąłem jedną, nie pamiętam nawet jej tytułu. Zacząłem wertować strony i nagle ze środka wypadła niedbale zgięta kartka. Zdziwiony podniosłem ją i rozłożyłem. Niewyraźne litery układały się w cytat z pewnej piosenki, pod którym malutkimi literami widniał podpis:
Czas, nic tylko czas. To poezja bez rymu.
 Zegarmistrz, Victoria Way 72a, Miasto Zegarmistrzów”
Z wrażenia upuściłem filiżankę.
- Zegarmistrz Miasta Zegarmistrzów – powiedziałem pod nosem. – Interesujące.
Spojrzałem na zegarek i zdałem sobie sprawę, że jeśli nie chcę się spóźnić, muszę szybko wyjść do pracy. Kartkę z adresem schowałem do kieszeni, książkę odłożyłem na półkę i wybiegłem z kawiarni. Na szczęście zdążyłem na czas i zająłem się pracą. Kiedy o osiemnastej wszyscy moi współpracownicy opuścili budynek, dalej siedziałem wlepiony w komputer, ale nie chodziło już o papierkową robotę. Sprawdzałem na Google maps, gdzie jest Victoria Way, bo choć w Londynie mieszkam od wielu lat, nigdy nie spotkałem się z tą nazwą ulicy. Okazało się, że znajduje się ona nieopodal biura. Szybko wydrukowałem mapę, złapałem płaszcz i wyszedłem szukać Zegarmistrza.

Tak znalazłem się tutaj, przekraczając próg nieznajomego sklepu. Dzwonek zawieszony nad drzwiami zawiadomił o moim przybyciu. Zakład był niesamowity. Całą powierzchnie ścian pokrywały zegary, tykające równo i jednostajnie. Różniły się wszystkim – materiałem, kolorem, starannością wykonania, ceną, wielkością – prócz jednego, wszystkie wskazówki wybijały ten sam rytm. Wyczuwało się tam jakąś magię perfekcjonizmu. Gdy udało mi się oderwać wzrok od ścian, ujrzałem drewnianą ladę i stojącego za nią mężczyznę w podeszłym wieku. Uśmiechał się tajemniczo.
- Dzień dobry, jest pan Zegarmistrzem? – powiedziałem nieśmiało.
- Witaj chłopcze – odrzekł, a ja od razu rozpoznałem głos, który tamtego ranka usłyszałem w słuchawce. – Czego szukasz w moim warsztacie?
- Ja… - zawahałem się. Właściwie nie wiedziałem po co tu przyszedłem.
- Czasu? – podpowiedział staruszek.
- Słucham? – zdziwiłem się.
- Wielu go szuka i wielu traci go na poszukiwaniach.
- „Nie licz, bo się przeliczysz i ci go zabraknie” – wyrecytowałem to, co powiedział mi wtedy przez telefon.
- To prawda – zadumał się obracając w ręku złoty zegarek kieszonkowy. – A więc? Czego szukasz?
- Wiedzy – odpowiedziałem, tym razem pewnie.
- Wiedzy, tak? A czego taki stary człowiek jak ja może cię nauczyć, mój drogi?
- To zależy co pan umie, w czym się pan specjalizuje – odpowiedziałem.
- Widzisz młodzieńcze, całe życie spędziłem tutaj, przyglądając się zegarom i ludziom, przyglądając się jak mija czas, byłem częścią tego czasu, częścią przemijania. Ale nigdy się nie śpieszyłem. To mnie odróżnia od mieszkańców tego miasta. Wiesz dlaczego nazywam je Miastem Zegarmistrzów?
- Dlaczego? – spytałem zaciekawiony.
- Bo tutaj wszyscy specjalizują się w odmierzaniu czasu, zamiast go wykorzystywać. Ludzie zachowują się jak opętani przez demona pośpiechu. A prawda jest taka, że otaczają się zegarami tylko ci, co nie wiedzą jak spożytkować czas.
- A ty?
- Ja jestem Zegarmistrzem – uśmiechnął się. – Ale czy inni powinni być zegarmistrzami, kiedy nie jest to ich zawodem? Czy powinni cały swój czas poświęcać na jego odliczanie?
- Mówisz, że mam się pozbyć zegarka? – wskazałem na ten na nadgarstku.
- Źle mnie zrozumiałeś, masz się go pozbyć, ale stąd – dotknął się w czoło. - …i stąd – położył rękę na sercu.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Nie chcę, żebyś stał się zegarmistrzem – popatrzył na mnie z uczuciem. – Obserwuję cię od jakiegoś czasu i widzę w tobie coś wyjątkowego, bystry wzrok, wrodzoną ciekawość. Nie chcę żeby zamiast tego stała przede mną bezmózga szara masa odliczająca godziny, minuty, sekundy. Nie chcę żebyś stał się kolejnym zegarmistrzem, bo to miasto ma już ich zbyt wielu.

Czy udało mi się spełnić jego życzenie? W pewnym sensie tak, bo od tamtego momentu przestałem odliczać czas. Zacząłem robić to, co kocham i żyć pełnią życia, nie martwiąc się o to, że gdzieś się spóźnię. Ale w pewnym sensie nie, bo dziś to ja stoję na jego miejscu za ladą i powołuję Ciebie, tak właśnie Ciebie, żebyś nie był jednym z nich, żebyś nie stał się kolejnym, odliczającym bezmyślnie czas, zegarmistrzem.

Inspirowane piosenką "Next 100 years" zespołu Bon Jovi
"Time ain't nothing but time
 It's a verse with no rhyme
 Man, it all comes down to you"


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz